Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia / The day the Earth stood still (2008)

Jakoś tak bywa, że miewam nawroty sympatii do total-komercyjnego kina z Hollywoodu w jego najprzaśniejszej i najpłytszej formie, gdzie jedynie komputerowe wizualizacje mają jakąkolwiek wartość filmową – choć i ona wydaje się wątpliwa. Ważny jest jednak pewien warunek sine qua non – wszystko poza komputerowym jarmarkiem musi być do zniesienia.

Dzięki grze na iPhone’a, której nigdy nie uruchomiłem bo się zacinała, wybór mój padł właśnie na „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” z Christianem Balem. Ok., nie gra tam Bale tylko Keanu Reeves ale byłem pewien, że to ten pierwszy będzie popierdalał w apokaliptycznym chaosie. Keanu jak to Keanu – twarz zawsze ta sama, mina zawsze ta sama. Nieco jak Nick Cage tyle, że bez cudnych min i wielkiego uroku filmowej groteski. Może jakbym był kobietą to bym upatrywał w tym plusa ale nie jestem i ewidentnie mi to doskwiera. NIE dla Keanu Reevesa. O nim tyle, bo mimo wcześniejszego malkontenctwa nie on jest najsłabszym punktem. Prawdopodobnie jest nim scenariusz (nawet jeśli to remake), i co gorsze, i niewybaczalne, wykonanie. Tak głupiego i nietrzymającego się kupy szkieletu historii nie widziałem dawno. Dodatkowo nieprofesjonalna niedbałość o detale poraża.

O co w ogóle chodzi w filmie? Jakieś chuj-wie-co leci w stronę Ziemii więc wzywają naukowców do pomocy. Zamiast zgromadzić profesorów i specjalistów NASA, zbierają poprawną politycznie mieszaninę doktorantów w stylu ładniutkiej pani mikrobiolog, hindusa-fizyka i innych tego typu ikon amerykańskiej nauki. To oczywiście tylko początek kolejnych, zupełnie niezrozumiałych poczynań myślowych autora scenariusza. O elementach stricte medyczno-biologicznych nawet nie wspominam bo momentami wydawało mi się, że ktoś tutaj chce stać się antytezą Lema.

Jednak film zaczyna się kilkoma ujęciami NYC co zawsze jest spoko – skyline, mosty i inne urbanistyczne elementy, które zawsze ozdabiają kino katastroficzno-kosmiczne. Jednak bardzo szybko pokazuje się gigantyczny robot, którego wizualizacja jest majstersztykiem na poziomie grafiki z gier komputerowych sprzed paru lat – LOL (pozdro knrd). O reszcie warsztatu nawet nie wspominam – ten film wykonawczo jest zwyczajnie słaby. Debilizm goni debilizm, katastrofy wypierane są przez żałosną próbę wpisania filmu w kino ekologiczno-profetyczne jednocześnie usprawiedliwiające ludzkość przez osobliwy urok niezdarności – coś jakby kochać dziecko z Downem, które wykazuje skrajnie destrukcyjne zapędy. Fabuła rozwiązuje się banalnie, dodatkowo bez większego sensu i logiki. Gra aktorska rozpierdala non-stop (na uwagę w tej kwestii zasługuje pani sekretarz stanu /chyba/, która wygląda i zachowuje się jak baba z szatni).

Podsumowując – niezłe gówno. Zobaczenie do końca tego filmu było możliwe tylko dzięki temu, że symultanicznie wykonywałem 12 innych czynności, w tym pisanie tej recenzji. Jeśli kiedykolwiek kosmici ukarzą nas za niszczenie Ziemi, mam nadzieję, że nie zrobią tego pod postacią Keanu Reevesa i darują sobie biblijne przypowieści. Nie oglądać.