The Virgin Suicides / Przekleństwa Niewinności (1999)

Do debiutu pełnometrażowego Sofii Coppoli podszedłem z dozą niepewności. Właściwie to nie tyle podszedłem, co „podchodziłem”, bo była to próba kilkukrotna. Z jednej strony fajnie, bo córka mistrza, poza tym dane mi było zobaczyć wcześniej „Między Słowami” – a to film conajmniej dobry. Z drugiej jednak, ten (w sumie sam nie wiem czemu) odpychający mnie tytuł, pastelowe kolory i Kirsten Dunst (nie jestem pewien, w którym momencie się do niej zraziłem – najpewniej przy okazji Spidermana, ale głowy sobie nie dam uciąć). Jednak ostatecznie się udało.

 

Właściwie to chciałem napisać, że to film kobiecy – w sensie, zrobiony bardzo wyraźnie przez kobietę. Tak to widziałem od samego początku projekcji. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że historia nie została wymyślona przez Sofię Coppolę, tylko przez autora książki, która posłużyła jako pierwowzór. Autorem tym jest Jeffrey Eugenides – zdecydowanie chłop i zdecydowanie nie doszukałem się znamion jakoby wcześniej był płci przeciwnej. Co prawda nie wiem ile z książki pozostało w filmie, co zostało pominięte a co dodane przez reżyserkę, ale zakładam a priori, że wymowa i ogólny koncept pozostały bez zmian.
„The Virgin Suicides” (czy tam te debilne „Przekleństwa Niewinności”) pokazuje świat balansujący na granicach wieku i płci. Widzimy tu magiczny, trochę beztroski (przewrotnie) świat nastolatków zamknięty w kloszu otaczającej, koszmarnej dorosłości, rodziców tyle kochających co niemądrych, tyle zapatrzonych w swoje dzieci co nie mających o nich pojęcia. Widzimy świat enigmatycznych sióstr, dziewczyn, odstających pod zwględem dojrzałości o całe lata świetlne od chłopców z naprzeciwka (prowadzących w filmie narrację). I cały film przebiega jakby w tonie hołdu dla dojrzewających kobiet, piętnując bagatelizowanie ich problemów, wskazując na ich, niejako przymusową, banicję na margines społeczny, przez brak zrozumienia zarówno wśród rodziców jak i mniej dojrzałych, prostszych z natury rówieśników.

Dodatkowo dochodzi trauma domowa. Siostry żyją w rodzinie standardowych amerykańskich zjebów – ojciec nauczyciel siedzi pod pantoflem matki, która jest konserwatywną chrześcijanką. Pojawia się tu coś na kształt biografii Marilyna Mansona lub Lady Gagi tyle, że z diametralnie innym i  bardziej tragicznym końcem. Jak życie pokazuje, na siłę do Boga się dzieci nie zaciągnie, więc córki bardziej przypominają feministki lub hippiski niż bywalczynie koła różańcowego. Pojawia się tu masa klasycznych scen w stylu palenia płyt rockowych czy kłopotów z chłopcami na licealnym balu.

W takie oto kłopoty pakuje swoich bohaterów i bohaterki Coppola ale robi to całkiem sprawnie. Film płynie a wszystkiemu towarzyszy spójna i stylowa muzyka. Kirsten Dunst ma u mnie plusa za ten film, bo nie dość, że jest w nim przekonywująca, to jeszcze, o dziwo, urocza. The Virgin Suicides dostaje ode mnie 2/3 z minusem bo jednak momentami nudzi i jest nieco tendencyjny. Tak czy inaczej, niezły debiut, pani Sofio.