Moon (2009)

Jedną z ciekawszych nadchodzących premier wydawało się być nowe widowisko Duncana Jonesa z Samem Rockwellem w roli głównej. Mówiąc szczerze, jedyne co wiedziałem o tym filmie to fakt, że głos Gerty’ego (robota) jest głosem Kevina Spacey, plus to co widziałem w trailerze. A oto on:

Trailer przekonywał duszną, odhumanizowaną atmosferą, księżycowym kolorytem i nawiązaniami, z jednej strony do szaleńczej samotności „Lśnienia”, z drugiej, do komputerowego terroru „Odyseji Kosmicznej”. Całkiem przekonująco wyglądał też w roli samotnika Sam Rockwell. No i co zostało z trailera w całym filmie?

To co mogę napisać z pewnością to fakt, że „Moon” to bite 97 minut dusznego, schizofrenicznego i zmechanizowanego klimatu bazy na księżycu. Jest to zdecydowanie największy atut filmu i jeśli komuś podobała się ludzka bezradność w filmie Kubricka, tutaj znajdzie podobną (oczywiście zachowując proporcje i konwencję). Przez 97 minut Sam Bell (grany przez Rockwella) znajduje się w białych tunelach, skomputeryzowanych pojazdach i wśród przestrzennych, specyficznych, i dziewiczych pejzaży księżyca. Co prawda, moi współwidzowie stwierdzili, że „te animacje są chujowo zrobione”, jednak moja opinia jest diametralnie inna. Efekty specjalne, dobrane bardzo oszczędnie, potęgują klimat jednoosobowej bazy na ziemskim satelicie, ukazując ją, nie jako elektroniczny, futurystyczny rarytas a jako nowoczesny odpowiednik kopalń i fabryk, pełnych brudu i ohydy utylitarnej architektury. Powtarzalność scen zwiększa wrażenie osamotnienia i codziennej, trzyletniej rutyny a niezłym dodatkiem do tego wszystkiego jest ascetyczna muzyka Clinta Mansella. Ja osobiście nie obraziłbym się gdyby film był nieco duszny przy jednoczesnym zwiększeniu nacisku na przybliżenie widza do codzienności głównego bohatera i natury księzycowego dnia – takie zabiegi mogą nieco nużyć w trakcie oglądania ale potęgują efekt końcowy (przypominając choćby pustynne marsze „Lawrenc’a z Arabii”).

Fabularnie „Moon” można podzielić na dwie części. Pierwsza, to wprowadzenie do fabuły właściwej. Tutaj nie należy spodziewać się niczego nowego – pojawia się wszystko czego możemy się spodziewać po ostatnich dniach trzyletniej misji osamotnionego pracownika stacji. Druga to pojawienie się intrygi, która zmienia trochę dynamikę filmu i zaciekawia. Nie dostaniemy tutaj kopiącej w ryj końcówki ani nowatorskich fabularnych zawijasów ale całkiem sensowne zwroty akcji i spójną koncepcję.

Rodzynkiem w całej historii jest postać robota Gerty’ego, który od razu nasuwa skojarzenia ze zgubnym HALLem 9000 („2001: Odyseja Kosmiczna”), a którego intencje są jednak nie do odczytania aż do końca filmu.

„Moon” warto zobaczyć, dla odmiany, dla klimatu, dla Sama Rockwella. Nie jest to film wybitny ale na pewno inny niż większość w tym roku. Całkiem dobrze zainwestowane 97 minut życia.