The Limits of Control (2009)

Wreszcie nadszedł dzień, w którym mogłem uraczyć się nowym tworem Jima Jarmuscha. Na samym wstępie napiszę, że jestem entuzjastą jego kina, co całkowicie pozbawia mnie obiektywizmu. Powszechnie wiadomo, że reżyser jest kwintesencją ascezy we współczesnym kinie, a mimo to zdołał pójść krok dalej tym razem. Do obecnej w „The Limits of Control” surowości nie przyzwyczaiły mnie nawet takie obrazy jak „Dead Man” czy Stranger Than Paradise”.

Bohaterem filmu jest tajemniczy mężczyzna wynajęty do początkowo nieokreślonej, brudnej roboty, której cel jest nieznany, aż do finału historii. W tej roli celowo oszczędny aktorsko Isaach De Bankolé. Widniejący w obsadzie jako Lone Man, wędruje (a jakże !) po terenach Hiszpanii, gdzie spotyka się z  personami równie enigmatycznymi jak on (w ich rolach m.in.: Tilda Swinton, Bill Murray i Gael Garcia Bernal). Często stosowanym zabiegiem jest powtarzalność motywów, zachowań i wypowiedzi. Bohater nieustannie uprawia tai chi między spotkaniami, nigdy nie zasypia, w kawiarni zamawia zawsze dwie kawy, jest witany przez zagadkowe postacie tym samym pytaniem o znajomość języka hiszpańskiego (coś na kształt szpiegowskiego potwierdzenia tożsamości) itd.

Film rozpoczyna się cytatem Arthura Rimbauda z wiersza „Statek pijany”, który zapowiada transcendentalną podróż, jaką film odbędzie podobnie jak jego literacki odpowiednik – okręt. Jest to swoistymi ostrzeżeniem reżysera przed abstrakcją, której zaraz doświadczymy. Z minuty na minutę, faktycznie film staje się coraz bardziej mglisty i dziwaczny, ocierając się powoli o granice realności i snu. I gdy abstrakcja staje się nieznośna i wręcz przesadnie nudna, postać grana przez Tilde Swinton wyjaśnia taki bieg wydarzeń (o ile można tu w ogóle mówić o jakichkolwiek wydarzeniach). Blonde (bo tak nazywa się najciekawsza chyba z napotkanych przez bohatera osób), ujawnia swoje upodobania filmowe następującymi słowami:  „The best films are like dreams, you’ve never sure you‘ve really had. Sometimes I like in films, when people just sit there, not saying anything”. Jarmusch drwi z nas, doprawadza do stanu frustacji, aby nagle oświadczyć, że takie były jego zamiary. Ta charakterystyczna scena jest dumną afirmacją osobistego podejścia do sztuki i kina.

Co się z kolei tyczy sztuki, film jest hołdem oddanym artystycznej twórczości, swoistą zbieraniną dzieł cenionych przez Jarmuscha. „The Limits of Control” jest naszpikowany kulturowymi nawiązaniami, poczynając od pojawiających się obrazów, poprzez wspomniany cytat, do ukradkiem rzuconych tytułów filmów Hitchcocka czy Wellesa. Zresztą postacie napotkane przez bohatera, są uosobieniem szeroko pojętej sztuki. Mamy tu Blonde – miłośniczkę kina, Nude – nagą panne, Violin – fana muzyki, a nawet Molecules, która dostrzega typową dla sztuki magię w nauce.

Sporym atutem jest forma, co jest zasługą zdjęć Christophera Doyle’a. Dzięki niemu film ogląda się miło dla samych kadrów. Co chwilę doświadczamy barwnych, ostrych obrazów Hiszpanii, sprawiających wrażenie sterylności i elegancji (nawet gdy ukazują prowincjonalny dworzec).

Możliwe, że zdradziłem zbyt wiele szczegółów z filmu i doszedłem do niekoniecznie ciekawych wniosków, ale mam to srogo gdzieś. Kolejny film Jarmuscha, wpisany w schemat drogi i niejako kino gangsterskie (w zupełnie inny sposób niż hip-hopowy „Ghost Dog”), jest najbardziej odrealnionym i dziwacznym obrazem reżysera. Zdecydowanie brakuje abstrakcyjnego humoru tak charakterystycznego dla jego filmów, ale chyba zaakceptowałem drogę, która podąża Jarmusch od ostatnich 3 filmów. W moim odczuciu film zasługuje na notę 2/3 z plusem, choć zdaje sobie sprawę z nieuzasadnionej fascynacji filmami ostatniego beatnika.