Nil by Mouth (1997) / War Zone (1999)

Jakiś czas temu ktoś podsunął mi dwa tytuły: „Nil by Mouth” i „War Zone”, ale nie miałem okazji, czasu albo najprawdopodobniej chęci by się z nimi zapoznać. Niedawno natrafiłem na rekomendację dokładnie tych samych dwóch filmów i okazało się, że często przy jednym z nich pojawia się odwołanie do drugiego i vice versa. Skąd ta zależność ? A stąd, że w obu obrazach poruszana jest pokrewna tematyka – mroczne zakamarki ludzkiego umysłu. W obu produkcjach główną rolę odgrywa brytyjski aktor – Ray Winstone. W obu filmach po drugiej stronie kamery stanęli znani aktorzy – Tim Roth i Gary Oldman. Czytaj dalej, jeśli chcesz wiedzieć czy są to udane debiuty reżyserskie.

„Nil by Mouth” jest pewną formą rozliczenia się Gary’ego Oldmana z własnymi korzeniami, wywodzącymi się z robotniczej, południowej części Londynu. W filmie ukazana jest społeczność nękana problemami biedy, narkotyków i alkoholu. Na główny plan wybija się wątek Raya (Ray Winstone), drobnego rzezimieszka, pijaka, który cały swój niepohamowany gniew kieruje w stronę swojej rodziny – szwagra i żony (za tą rolę Kathy Burke otrzymała nagrodę w Cannes). Przez cały film jesteśmy świadkami ćpania, drobnych rozbojów, mordobić, przemocy w rodzinie itd., a wszystko to ukazane w dość surowym, mrocznym stylu. Film jest dość nierówny głównie przez zupełnie niepotrzebnie wydłużony wątek szwagra – amatora wszelkich form narkotyków. Gary Oldman pokazuje nam mocny obraz klasy robotniczej w Anglii, nękanej narastającą frustracją, poczuciem beznadziejności i brakiem porozumienia, mimo chwilowych przejawów ludzkich uczuć, ale na tym się kończy. Ot, zwykły wręcz dokumentalny portret dobrze znanej reżyserowi społeczności.

Tim Roth przedstawia nam z kolei obraz, złudnie szczęśliwej rodziny, która po przeprowadzce na wieś, oczekuje dziecka. „War Zone” początkowo ukazuję trudy codziennego życia w nowym miejscu (trudy asymilacji w nowym otoczeniu, przejawiający się w rozmowach ojca brak pracy itd.), aby nagle zaatakować widza problemem molestowania w rodzinie. Ray Winstone, początkowo zwodniczo ukazany jako przykładny mąż, okazuję się być dewiantem i seksualnym oprawcą, który wykorzystuje swoją córkę. Świadkiem tego wszystkiego jest syn, dla którego dom stanie się tytułową strefa wojny i to na jego reakcji skupia się reżyser (praktycznie nie ma sceny bez jego udziału). Zdjęcia w dość ascetyczny sposób ukazują odludnioną, wzmagającą poczucie niepokoju wioskę, aby w kulminacyjnej scenie gwałtu przytłoczyć widza pełnym naturalizmem. Film wymęczył mnie swoją wtórnością i analizą tematu. Mamy tu żonę (Tilda Swinton) kompletnie nie zdającą sobie sprawy z zaistniałego problemu, mamy zagubioną seksualnie córkę, no i mamy też walecznego syna, który nie potrafi zidentyfikować genezy tej chorej sytuacji, więc miota się pomiędzy nienawiścią do siostry i ojca. Zostaje nam chyba najciekawsza postać zdeprawowanego ojca (Ray Winston), który nie postrzega siebie jako złą osobę i do końca pozostaje nieodgadniony.

Żaden film mnie nie zachwycił, żaden nie był nawet wystarczająco dobry, aby zasłużyć na notę 2/3. Nie wystarczy podjąć się ciężkiej tematyki i naszpikować film nieprzyjemnymi scenami, aby zrobić film dobry. A niestety takie jest podejście obu panów w swoim debiucie – stworzyć przytłaczające obrazy z dominacją ciemnej zieleni, brązu i żółci, czyli kolorów potęgujących wrażenie brudu i moralnej degradacji. Zdecydowanie na pierwszy plan wybijają się kreacje Raya Winstone’a, który stworzył w miarę barwne, niejednoznaczne postacie. Przyszła pora ocen i nie będzie wysoko. Pojedynek wygrywa nieznacznie „Nil by Mouth” z oceną 1/3+, a „War Zone” dostaje 1/3-.

"Nil by Mouth" 1/3+ | "War Zone" 1/3-