Biała Wstążka / Das Weiße Band (2009)

Po remake’u znakomitego Funny Games, przeniesionego w realia amerykańskie, Haneke powraca do Austrii i cofa się o kilka dekad pokazując widzom demony ukryte w pozornie spokojnej, przedwojennej wiosce. Wizualnie w czerni i bieli, choć w charakterystyce bohaterów znajdziemy, na szczęście, wiele odcieni szarości. W kinach opisywany jest jako „thriller” i faktem jest, że całkiem sprawnie trzyma w napięciu, jak na film, który, przy okazji, porusza kilka innych kwestii takich jak wojna, hipokryzja, przemoc czy nadużycia wobec dzieci. Pozostawia też głęboki ślad po wyjściu z kina, zwłaszcza zaraz po końcówce seansu. Ale czy to wszystko sprawia, że „Biała wstążka” to film dobry? A nawet jeśli dobry, to czy godzien wszystkich nagród, które otrzymał, i które pewnie jeszcze otrzyma?

Szykując sie na seans ostatniego filmu Michaela Haneke trzeba przygotować się na poważny cios. Dla jednych będzie to cios nudy, dla innych cios intrygi, dla innych cios psychologiczny, a dla jeszcze innych irytacji. Pewne jest jednak to, że film emocje wywołuje, więc i warto go obejrzeć w grupie, dla konfrontacji, pojawiających się po filmie, kłębów myśli, i interpretacji. Haneke stworzyl prostą historię kryminalną, która staje się pretekstem do wejścia w świat rodzin zamiszkujących wspomnianą już wioskę. Wioskę z tradycjami, z austryjackim porządkiem, z ufnością wzajemną mieszkańców i sąsiedzką naturą obserwacji innych. Wioskę, pod której idylliczną prostotą kryją się zawiłości ludzkiej psychiki i trudności we wzajemnych relacjach. Już po paru minutach widzimy jak nad domami unoszą się „opary” amoralnej, negatywnej strony mieszkańców, niczym w herzogowskim „Woyzek’u”.  Ciężko znaleźć tutaj pozytywny charakter wśród dorosłej społeczności. Nawet nauczyciel, będący jakby obok wszystkiego, narracją przybliżający widzowi swoją perspektywę wydarzeń, wydaje się głupi, zbyt „szorstki” i niemiły. Wsród tego wszystkiego, bohaterami niejako drugiego planu, są dzieci. Dzieci, które padły ofiarą błedów wychowawczych, przemocy, nadużyć, hipokryzji, braku uczuć, molestowania czy wreszczie wzajemnego okrucieństwa. Zwłaszcza z perspektywy dzisiejszego trendu wychowywania bezstresowego czy zwyczajnego zliberalizowania obyczajów wychowawczych, ówczesny świat dziecka i relacje z dorosłymi wydają się koszmarne i nie do zaakceptowania. Lecz coś w dzieciach z tytułową białą wstążką (i w innych pojawiających się w filmie) jest tajemniczego. Coś co widz spodziewa się odkryć pod koniec filmu. Jednak czy odkrywa? To już pozostawiam do własnej oceny. Reżyser pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi, kończy film bardzo naturalistycznie – dla wielu pewnie zbyt naturalistycznie. Co jakiś czas jednak podrzuca widzowi wskazówki, które trzeba sobie samemu poskładać, niczym Sergio Leone w „Dawno Temu w Ameryce„.

Czy film warto zobaczyć? Nie wiem. Myślę, że większość ludzi „Biała wstążka” zmęczy. Osobiście uważam, że film wnosi niewiele, jest ciężki w odbiorze, momentami wręcz irytujący. Jeśli ktoś chce się posiłować z austryjackimi dysfunkcjami społecznymi i rodzinnymi patologiami w postaci czarno-białego realizmu – go on. Ja jednak pozostaje fanem pierwowzoru „Funny Games” i Haneke’go wciąż szanuję, a „Białej wstążce” daje 1+/3 za męczarnie w trakcie seansu i brak długotrwałego wrażenia. Niestety nasze noty nie pasują mi tutaj wogóle, zwłaszcza w swoich opisach ale dla formalności daje „przeciętny obraz”. Nie jest przeciętny, jest po prostu męczący i nieco tendencyjny.