Che: Part One / Che – Rewolucja (2008)

Steven Soderbergh kręcąc „Che” poszedł z jednej strony na łatwiznę, z drugiej, podjął się wyzwania. Łatwizna polegała na lotnym temacie, tyleż kontrowersyjnym, co wciąż aktualnym w debacie publicznej. Pod tym względem „Che” Guevara był zawsze wdzięcznym obiektem dla komercyjnych przedsięwzięć – tabuny lewicowych che-lovers zawsze wiernie wydadzą pieniądze aby usiąść w jednym (kinowym) rzędzie z che-hatersami, którzy równie wiernie, nieco masochistycznie, sprawdzają kolejne wersje mitu. Druga strona medalu to właśnie fala krytyki, która ciągnie się za Ernesto Guevarą, przekładająca się na każdego kto próbuje ukazywać w korzystnym świetle kubańskiego rewolucjonistę z Argentyny.

Nie będę może pisał o swojej osobistej opinii na temat Guevary, napiszę jednak, że miałem choć trochę nadzieji, że Soderbergh spróbuje temat podjąć z nieco obiektywnej pozycji. Wszelkie wątpliwości zostały jednak rozwiane gdy dowiedziałem się (widz dowiaduje się tego pod koniec filmu), że scenariusz oparty został o „Epizody Wojny Rewolucyjnej” czyli ni mniej ni więcej na pamiętnikach samego Che. Nigga please. Kwestię obiektywizmu możemy więc odsunąć na bok – zresztą łagodność i pobłażliwość rewolucji rzuca się od razu w oczy.

Jak to wygląda więc z punktu widzenia samego obrazu, estetyki i formy? Nijak. Film nuży, jest chaotyczny, wizualnie kompletnie żaden, podobnie zresztą fabularnie. Trochę tu ideologii rewolucyjnej, trochę scen z życia partyzantów, trochę dialogów Che – Castro, ale wszystko zdaje się bezsensowne, prowadzące do nikąd. Po zakończeniu filmu ma się wrażenie pustki. Ten film to ok 2 godzin epizodycznych scenek spisanych przez samego „Che”, pokazanych w przeciętny sposób, przeplatanych fragmentami przemówień Ernesto, w których słyszymy wyświechtane slogany socjalizmu. Ani to ładne, ani to ciekawe, ani to szokujące, ani pouczające, ani prawdziwe. Pytam się więc, po co?