Zero (2009)

Rzadko oglądam polskie filmy, tym bardziej w kinie, ale wszystkie ochy i achy wyczytane w prasie jakoś mnie do tego skłoniły. Chodzi tutaj o debiut Pawła Borowskiego „Zero”, o którym gdzieniegdzie wyczytałem, że wnosi powiew świeżości do polskiej kinematografii. Czy naprawdę jest to ewenement na skalę rodzimego filmu?

Ewenement to zdecydowanie za mocne słowo, ale z pewnością jest to sprawnie zrealizowany film. Paweł Borowski (znany/nieznany za swoje filmowe rysunki z Gazety Wyborczej) stworzył dramat o marności egzystencji współczesnego człowieka. Mamy tu więc prezesa pochłoniętego przez korporacyjną machinę, zdradzające żony, prywatnych detektywów, zwykłych szaraków ledwo ciągnących koniec z końcem, małżeństwo dotknięte rodzinną tragedią, żigolaka, rozboje, pedofilię, pornobiznes, i można by tak wymieniać bez końca. Uniwersalność obrazu intensyfikuje celowa anonimowość miasta podkreślona chociażby przez brak nazw przystanków czy też nieprawdziwe tablice rejestracyjne, na których widnieje napis DOE (nawiązujący do angielskiego John Doe/Jane Doe – odpowiednika polskiego N.N.)

Charakterystycznym elementem obrazu jest z pewnością jego narracja. Film przedstawia bowiem dwadzieścia cztery historie w dynamicznym, lecz uporządkowanym stylu. Jako widzowie podróżujemy po mieście przypatrując się kolejnym historiom, lecz nigdy nie pozostajemy przy nich długo. Początkowa scena, w której biznesman wprawia w ruch wahadło Newtona, sugeruje obraną przez reżysera manierę opowiadania. Losy bohaterów tak jak pierwotnie nie powiązane ze sobą kulki, w momencie uruchomienia machinerii, zderzają się wzajemnie na siebie wpływając.

Mnogość silnie powiązanych ze sobą wątków, w połączeniu z bijącym od nich mrokiem, ma prowadzić do przytłaczających wniosków. Pomimo dużej liczebności mieszkańców i wzajemnych relacji, każdy bohater ukazany jest jako samotny człowiek w wielkomiejskim tłumie. Nie ważne do jakiej warstwy społecznej się zaliczasz, czy jesteś bossem pornobranży, biednym taksówkarzem czy też szefem wielkiej korporacji. Prędzej czy później dopadnie Cię beznadzieja ludzkiej egzystencji.

Tematyka filmu i forma narracji mocno nasuwają mi skojarzenia z Alejandro Gonzalez Inarritu („21 gram”, „Amores Perros”, „Babel”). Borowski poprzez skondensowanie i zwiększenie ilości wątków (w stosunku do meksykańskiego reżysera) wprowadził więcej dynamiki i energii do całości. Co prawda momentami miałem wrażenie jakbym oglądał serial, ale możliwe, że to przez te opatrzone polskie gęby. Przy tej ilości postaci i ich perypetii oczywistym jest, że jedne wybijają się na pierwszy plan i są ciekawsze (np. kryminalno-thrillerowy wątek prywatnych detektywów poruszającym się starym gadżeciarskim vanem), a drugie trącą nudą i po seansie o nich zapominamy. Aktorstwo jak to u nas – przewidywalne. Mam wrażenie, że większość polskich aktorów już się pogodziła z szufladkami. Roma Gąsiorowska znowu jako wkurwiająca, durna blondynka (identyczna jak w „Wojnie polsko-ruskiej”), a Przemysław Bluszcz jako odrażający typ. Jedynie Robert Więckiewicz tym razem bez swojej gadatliwej, cwaniackiej roli (wręcz przeciwnie: zdania, które wypowiada można policzyć na palcach dwóch rąk).

Może „Zero” nie jest filmem oryginalnym, a wnioski nie są odkrywcze, ale w natłoku polskich produkcji rodem z TVNu film Borowskiego wybiją się ponad przeciętną. Pytanie tylko czy powinienem oceniać ten film przez pryzmat polskiego kina. Wdrażanie zagranicznych tendencji nie koniecznie jest czymś czego oczekuje od naszych reżyserów i z ostatnich ich wypocin zdecydowanie bardziej poleciłbym „Sztuczki”. Jednak myślę, że spokojnie mogę wystawić notę 2/3-, choć nazwa oceny tu nie pasuję, bo z pewnością nie jest to film miły w odbiorze.

nota, 2/3-

 

 

 

W bonusie trailer, który dość dobrze oddaje całość (wraz z irytującą w połowie seansu muzyką):