Paranoid Park (2007)

Van Sant w swoim „Paranoid Park” znów zabiera się za buntowniczy okres dorastania. Jest to o tyle dziwne, że na warsztat bierze społeczność skaterów a połowę filmu poświęca nielegalnemu skate-parkowi (tytułowy Paranoid Park), co jak na kolesia mającego 55 lat jest, jak mniemam, poważnym wyzwaniem i środowiskiem dość nietypowym. Jednak nie jest to tylko film o dorastaniu, nie jest to film tylko o deskorolce, ale jest to też osobliwa historia dzieciaka z Portland, którego wizyta w Paranoid Park, zmieniła całe życie.

Jak to u Van Santa, formalnie nie jest lekko. Typowe dla niego długie sceny, ujęcia en face dające czas na przemyślenie sytuacji bohatera, z towarzyszeniem nieprzypadkowej muzyki (a ta jest dość różnorodna, mówiąc eufemistycznie). Skateboard’owe wstawki niczym z narkomańskich wizji, a także wstawki para-dokumentalne. Zaburzenia chronologii wydarzeń i nieco chaotyczny (świadomie) narrator. Takie podejście do przedstawienia historii może irytować ale w przypadku „Paranoid Park” nie tylko nie męczy ale jest plusem. Zwłaszcza mantryczne, zamazane sceny popisów na desce nadają specyficzny, magiczny charakter owemu „parkowi„. Mimo chaosu formalno-narracyjnego film jest spójny i trzyma w napięciu, ciekawi i nie nudzi (niecałe 80 min trwania wydają się idealne). A napięcie jest obecne, bo nawet gdy nic się nie dzieje, widz ma pewność, że coś musi się zaraz wydarzyć. Nie zdradzając fabuły napiszę tylko, że historia nabiera rumieńców i nawet pojawia się shocking scene, która staje się kontrapunktem dla młodzieżowego charakteru filmu.

Ciekawym wydaje się też zestawienie dwóch światów skaterów. W świecie przeciętnym, zwykłym widzimy nastoletnich skate’ów, ubranych w modne ciuchy, z tzw. dobrych/normalnych domów, których głównym problemem jest zaliczenie cheerleaderki albo praca domowa. Paranoid Park (wzorowany nota bene na prawdziwym portlandzkim skateparku pod mostem) to świat skaterów reprezentujących całą historię buntowniczych subkultur, od punków, hipisów, przez bezdomnych po ludzi z rozbitych rodzin i przestępców, których poza życiorysem łączy pasja do deskorolki. To oni, z pozoru atrakcyjni dla młodzieży indywidualiści, otwierają głównemu bohaterowi drzwi do tragedii, która staje się punktem zwrotnym w jego życiu.

Paranoid Park to mini-studium młodzieńczych problemów w połączeniu z historią sensacyjną, pokazane w typowo van santowskiej oprawie estetycznej. Nie ma tu silenia się na oryginalność, nie ma dłużyzn, tematy proste nie drażnią. Jest za to rozpoznawalny styl, ładne zdjęcia, prosta ale ciekawa historia i dobre rozwiązania formalne. Każdemu kto chce zobaczyć film o zwykłym życiu, prostej historii i problemach już dla większości odległych, i nie chce się przy tym zrzygać z powodu pretensjonalnego stylu i żałosnego aktorstwa, mogę „Paranoid Park” swobodnie polecić. Uprzedzam jednak, że styl Gusa Van Santa nie każdemu się spodoba, ale to już nie mój biznes.