Shine a light / Rolling Stones w blasku świateł (2008)

Recenzja dość nietypowa bo nie będzie o filmie ani fabularnym ani stricte dokumentalnym. Nie codzień jednak reżyser takiej klasy zabiera się za kręcenie koncertu. Co więcej, to nie jest zwykły koncert – to specjalnie skrojone przez Scorsese widowisko, od starego fana dla starych fanów. W sumie ciężko też nazywać to widowiskiem, bo koncepcja tego występu odbiega od napompowanego show jakie Stonesi serwują na swojej regularnej trasie. Tutaj wszystko jest magiczne, nawet Christina Aguilera, która niedawno wchodziła w błazeńskie kooperajce np. z P Diddym wypada tutaj jak rock’n’rollowy kociak w fajnym, zaczepnym stylu. Kameralnie. Ale od początku.

Martin Scorsese nazwał ten film „Shine a Light” czyli dokładnie tak jak brzmi nazwa utworu Rolling Stones z epokowego „Exile On Main Street”. Utwór napisany z myślą o Brianie Jonesie – ówczesnym gitarzyście Stones, zmarłym tragicznie  niedługo po jego wydaniu, opowiadający o postępującym uzależnieniu Jones’a od narkotyków. I ten film jest też trochę taką opowieścią o postępującym uzależnieniu – uzależnieniu zespołu od narkotyków, kobiet, alkoholu, papierosów i muzyki. To jest 122 minuty dokumentujące prawie 70-letnich wiecznych chłopców, których każda zmarszczka przypomina o kolejnej dawce heroiny, kolejnym skandalu, kolejnym wzlocie i upadku. Ale w odróżnieniu od historii Jones’a, historia Rolling Stones kończy się happy endem. Nie dość, że panowie jeszcze chodzą i grają (skaczą i tańczą!) to wydają się nie do zdaracia.

Ale to wiemy, to już niemal legenda. Inna sprawą jest sam koncert. Oglądając Shine a Light przypomniałem sobie Stonesów, których widziałem na żywo w 98′ – choć była to retrospekcja tylko porównawcza bo cała wielkość filmu Scorsese polega na tym, że ten występ ma niewiele wspólnego z ultra-dochodowymi koncertami zespołu. Cała rzecz dzieje się w Beacon Theater – pieknym, kameralnym obiekcie w centrum Nowego Yorku. Jagger i spółka zaczynają, i kończą standardowo – Jumpin’ Jack Flash rozgrzewa publikę do czerwoności a na koniec dobijają hitami – Start Me Up, Brown Sugar i oczywiście Satisfaction. Jednak między tym widzimy i słyszymy Rolling Stones sprzed kilku dekad – brakuje innych wielkich przebojów ale w zamian mamy dawno nie słyszane live single, przy których muzycy jakby odmłodnieli. Wszystko ze starym blues-rockowym zacięciem – tu nie ma miejsca na dopracowane, wygładzone, zagrane prawie jak z płyty piosenki „dla wszystkich”. Tutaj jest garaż, są pomyłki, jest spontan i luz. Nawet końcowe Satisfaction brzmi zupełnie inaczej, już od pierwszych dzwięków gdy Richards niechlujnie zaczyna grać, kultowy już, riff. Jeśli jestem przy Richardsie to jest on może nawet największą gwiazdą tego show. Z jednej strony ekscentryczny staruszek, z drugiej heroiniczny posąg hedonizmu. Nie można mu odmówić uroku, w całej jego ekstremalnej brzydocie. Poza tym jego wykonanie You Got The Silver i Connection to perełki cudnie upiększające cały występ.

Koncert przeplatany jest starszymi i nowyszymi wywiadami z muzykami. Wszystko bardzo dobrze skrojone i nakręcone. Mówiąc szczerze – nie jestem i nigdy nie byłem wyznawcą Rolling Stones. To wielki zespół ale mnie osobiście z tamtego okresu omamiło kilka innych. Dlatego też do oglądania Shine a Light nie podszedłem z wielkim entuzjazmem. Jednak z minuty na minutę wszystko mnie coraz bardziej wciągało i nawet kawałki, które uważam za beznadziejne, w wersji z Beacon Theater dostarczyły mi niezłej rozrywki. Podsumowując krótko – jestem zachwycony tym co zrobił Scorsese i jest to must see dla każdego fana muzyki rockowej (może nawet muzyki wogóle), fana popkultury, o fanach Rolling Stones wspominać chyba nie muszę. No chyba 3/3, nie inaczej.