Law Abiding Citizen / Prawo Zemsty (2009)

Bądźmy szczerzy – w życiu nie poszedłbym do kina na ten film, gdyby nie trzy współistniejące czasowo elementy. Po pierwsze miałem kaca i każdy ambitniejszy film mógłby rozsadzić mi głowę; po drugie film został mi polecony; po trzecie nie było w kinie nic ciekawszego, czego bym nie widział. Oczywiście wątpliwości czy nie marnuje wieczoru pozostawały we mnie do samego momentu wejścia na salę kinową. Swoją cegiełkę dołożyli polscy dystrybutorzy zajebistym tytułem rodzimej wersji tj. „Prawo Zemsty„. Swoją drogą, główny bohater w środku filmu krzyczy, wydawałoby się w stronę polskich mistrzów-tłumaczenia-tytułów, „TU NIE CHODZI O ZEMSTĘ!!!”. Whatever, przejdźmy do meritum.

Za kamerą F. Gary Gray czyli kolo od m.in. „Be Cool”, „The Italian Job” i niezłego „Negocjatora”, gdzie podobnie jak tutaj stanęli na przeciw siebie dwaj gwiazdorzy różnych kolorów skóry. Aha, nakręcił też kilka teledysków dla takich rzeczy jak Outcast albo Ice Cube. Przed kamerą wspomniani już Jamie Foxx i Gerard Butler, wspomagani np. przez Leslie Bibb, która w każdym filmie gra i wygląda tak samo; i Colma Meaneya czyli gościa z aparycją prymitywnego bad cop’a, co potwierdza zresztą swoimi rolami w filmach – w tym także.

Jamie Foxx robi pełno tych swoich smutnych min w stylu „jeśli się nie pośpieszymy to zginą dzieci” ale ogólnie jest twardzielem. W pierwszej części filmu pojawia się obok wiolonczeli co może wprowadzić widza w konsternację czy czasem nie trafił do sali gdzie leci „Solista” albo jakaś jego alternatywna wersja – ale spokojnie, to tylko element łzawego rodzinnego kontrapunktu dla wybuchowej fabuły głównej.

Gerard Butler jest chyba najciekawszym elementem filmu. Co prawda lubi zarzucić groźną miną i wrzasnąć co przypomina nam o jego spartańskim obliczu ale jest też wyjątkowo przekonujący w dramatycznych obyczajowych momentach.

Film ma swoje wzloty i upadki. Wciąga i intryguje, buduje napięcie by zaraz wstrząsnąć widza rozwiązaniem fabuły rodem z serialu „Prisonbreak” czy innego „Kodu Leonarda DaVinci”. You know what I mean, wszystko wygląda zgrabnie póki główny bohater nie okazuje się synem Papieża, agentem MI5 albo górnikiem, który dzięki niesamowitym umiejętnościom kopania węgla przebija się do parlamentu brytyjskiego od kanału La Manche.

Od fajnego para-prawniczego thrillera film przechodzi w kosmiczny debilizm, coś w stylu filmów z Michaelem Dudikoffem, tyle, że robiący z widza mniejszego głupka – co zresztą czyni go gorszym. Ale są też plusy. Przede wszystkim zarys psychologiczny bohaterów wydaje się być nietypowy dla kina tego typu – brak tu postaci czarno-białych, wszystko obraca się w odcieniach szarości, także takiej niewyraźnej w stylu młodej prawniczki granej przez Bibb. Jej wypowiedzi zwalają z nóg w takim stopniu, że gdzieś w połowie kwestii każdy ma w głowie „za mało sosu mi dał do tych nachos” albo „czy napewno wyłączyłem toster?” or sth. Za to policjant grany przez Meaney’a, dla niektórych pewnie wogóle niezauważalny, epatuje aktorstwem szczątkowym, zaś jego kwestie a la „kurwa, semtex” zanurzają film w oparach taniego absurdu. W tym wszystkim jest kilka fajnych scen, i jedna, która mnie rozłożyła totalnie, na plus.

Oceny daje dwie, oficjalną i nieoficjalną. Pierwsza to 1/3 bo jednak skrzywdził bym inne filmy dając więcej Law Abiding Citizen i patrząc obiektywnie, na tyle zasługuje. Nieoficjalna to 2/3 bo na kacu, w dobrym towarzystwie, z nachos w jednej ręce i Spritem w drugiej, oglądało mi się go naprawdę fajnie. Ale to magia chwili. No i teraz już będę wiedział co powiedzieć jak zobaczę gdzieś Semtex.