Avatar / Awatar (2009)

Dobra – wstęp jest bez sensu bo wiadomo co i jak – James Cameron, 237 mln $, 12 lat, 2D/3D/IMAX 3D i inne tego typu „fuck man, it’s awesome„. Tyle tylko, że to nie do końca takie awesome. Z tym filmem jest dokładnie odwrotnie niż z fragmentem notki nt Camerona na wikipedii:

Najczęściej poruszaną przez tego reżysera tematyką są relacje pomiędzy człowiekiem a światem maszyn i technologii. Często pojawiają się silne kobiece postacie. W większości jego filmów ukazany jest w jakiejś scenie wybuch nuklearny.

Say what? Brzmi tak debilnie, że aż świetnie. Awatar zapowiadał się ciekawie a jest słaby, nudny i irytujący.

Ok, mamy tą całą technologię kręcenia w 3D, efekty CGI i inne skróty mające zmieniać kinematografię ale jak narazie idzie to wszystko w jakieś kosmiczne nieporozumienie. Te filmy to skrajny przykład robienia z kina fast fooda i to nie w stylu McDonalds bo, nie oszukujmy się, McDonalds jest zajebisty, ale w stylu jedzenia z częstochowskiego straganu, które smakuje jak opona. Te filmy nię są dobre, one poprostu krzyczą do widza „olej te głupie dialogi i bezsensowne ującia, tu masz kamień zaraz obok twojej skroni, JEB, leci prosto na ciebie”.

Ja rozumiem, że można się bawić w takie brednie w filmach dla dzieci albo efekciarskich produkcjach o kosmosie ale jak już się robi film fabularny, z takim nakładem, przez 12 lat to możnaby to zrobić dobrze. Zwłaszcza, że Cameron ma na swoim koncie naprawdę wielkie filmy w tym znakomitego Terminatora 2.

Jednak tym razem tak bardzo się podjarał fluorescencyjnymi roślinami i latającymi górami, że nie dostrzegł jednego – wszystko co wystaje poza efekty specjalne w „Awatarze” to szmira. A film miał wielki potencjał. Jakby tak wyciągnąć z tego filmu 20 min to możnaby stworzyć epicki pojedynek między cywilizacją leśnych stworów z ich psychodelicznymi kolorami i maginczą fauną, i florą, a industrialną, zmechanizowaną armią imperialną rodem z Warhammer 40,000. Ale to tylko pojedyncze sceny.

Owszem, wizualnie bywa zajebiście – wszystkie te kolory, przedziwna fauna i krajobrazy ogląda się w 3D znakomicie, tyle tylko, że są one tłem dla całej reszty filmu. A właściwie to reszta jest tłem dla popisów 3D ale to tło tak irytuje, że wysuwa się na pierwszy plan i magia Pandory pryska. Mamy widoczek, ok, wszystko fajnie, tylko czemu w tle non stop leci jakieś łzawe gówno, kompletnie nijakie – brzmi to jak muzyka relaksacyjna na kursie muzykoterapii albo jakby cały sountrack robiła Enya. Rozumiecie o co mi chodzi? 161 min muzyki Enya – czy to wogóle ludzki mózg może wytrzymać? Panie Cameron, za 20 lat kiedy znów pan nakręci jakiś film, do którego już nie będzie się zatrudniało ekipy filmowej tylko profesorów z MIT, to niech pan siądzie sobie przed dużym telewizorem i zobaczy sobie Jurassic Park. Tam jest muzyka, która przeszła do historii, tam się czuje jak odkrywa się nowe światy razem bohaterami i nie ma lian-światłowodów ani gigantycznych kolorywch grzybów, za to jest monolit audio-wizualny, który wbija w fotel.

Nie można nie wspomnieć o fabule. Chciałoby się, ale nie można. Dawno już oglądałem te wszystkie hity dziecięce ale z tego co pamiętam to Pocahontas było na podobnym poziomie, natomiast Król Lew był o kilka półek mądrzejszy i ciekawszy. Zresztą Król Lew to przy „Awatarze” naprawdę wielkie kino. Kto nie kojarzy Skazy i tych 3 hien, mrocznych i wyrazistych czarnych charakterów? U Camerona jest jakiś wojak, coś na kształt Kilgore’a czy Sgt. Hartmana, ale to tylko marna kopia kultowych postaci. Generalnie po stronie ludzi są same kuriozalne matoły – a to snobistyczni naukowcy, a to bezwzględni menagerowie, czy wreszcie przygłupi żołnierze. Zresztą jeden z tych ostatnich, główny bohater, z arcy-debila, który nawet nie rozumie poleceń w stylu „NIE!”, staje się strategiem na miarę Aleksandra Macedońskiego.

Na „Awatar” pewnie iść warto, żeby się naocznie przekonać w jakim kierunku zmierza mainstreamowe kino; żeby się do tego wszystkiego jakoś ustosunkować i żeby sobie po raz kolejny, jak chomik rażony prądem, zdać sprawę jak wielki medialny hype panuje wokół kolejnej słabej rzeczy. W zimowe wieczory może też niektórym pomóc aura idyllicznej krainy i baśniowe pejzaże, miłe dla oka. Dla mnie jednak „Awatar” to przykład kina bez kina, przerostu formy nad treścią i zobrazowania słów „epic” i „awesome” w najbardziej bezmózgi sposób. IMAX 3D? 12 lat kręcenia? Sorry, na mnie większe wrażenie wizualne wywarła „Kung Fu Panda”.