Sex, Lies and Videotape / Seks, Kłamstwa i Kasety Video (1989)

Już mamy taką małą tradycję na EWTO, że czepiam się filmów Stevena Soderbergha. Jak dotąd miałem przyjemność/nieprzyjemność pisać o jego nowszych produkcjach, głównie tych o zabarwieniu politycznym. Jednak jak można pisać o Soderberghu pomijając film, który wprowadził go na salony amerykańskiego i światowego kina. Jeśli nasz bohater miałby czymś się chwalić to właśnie obrazem „Sex, Lies and Videotape„, którego dorobek nominacji i wygranych jest imponujący, jak na ówczesną pozycję reżysera. Wśród licznych nagród znajdują się m.in. nominacja do Oscara za scenariusz oryginalny, kilka nominacji do Złotych Globów czy zwycięstwo na Sundance Film Festival (najlepszy dramat – nagroda publiczności) i wreszcie Złota Palma w Cannes w 3 kategoriach (najlepszy aktor – James Spader, nagroda krytyków FIPRESCI i palma za najlepszy film roku). No, poważna sprawa.

Jeśli miałbym w skrócie opisać to co dzieje się w filmie to problem rozwiązał za mnie sam Soderbergh – tytuł to ok 99% fabuły filmu, przy czym ten 1% pozostawiłem z czystej przyzwoitości. Nie jest to jednak zarzut. Mimo, że fabuła na pierwszy rzut oka przypomina operę mydlaną sposób jej pokazania udowadnia, że wszystko można pokazać z pomysłem i klasą. Ogół opiera się właściwie na czterech postaciach i wzajemnych powiązaniach między nimi. Soderbergh zatrudnił aktorów umiarkowanie znanych – jakaś 3 liga Hollywood, poza Andie MacDowell, której ten film dał przepustkę do ligi drugiej (później pierwszej?); a ci aktorzy odwalili kawał dobrej roboty. Może denerwuje trochę japa Petera Gallaghera, który wygląda jak z „Mody na Sukces” ale skromna MacDowell i świetny Spader dali radę.

„Sex, Lies and Videotape” wciąga od pierwszych minut, gdy bez zbędnego wstępu pojawiają się seks i kłamstwa. Kiedy dochodzą do tego kasety video film zaczyna intrygować i wprowadzać nieco tajemniczą, i niepokojącą atmosferę, która spotęgowana jest pod koniec filmu przy akompaniamencie muzyki, jakby rodem od Badalamentiego.Potem jest już tylko cisza i spokój.

Trochę rozczarowuje niepotrzebny happy end, banalnie rozwiącujący fabułę. Ale to właściwie jedyna rzecz, co do której mogę się przyczepić w kwestii pierwszego hitu Soderbergha. Nie jest to kino wybitne, nie ma fajerwerków i „momentów”. To po prostu zgrabnie napisany, gustownie nakręcony i dobrze zagrany film o zdradzie, który warto zobaczyć. W porównaniu z ostatnią dekadą (pomijam odskok w postaci Ocean’s) w wykonaniu Stevena Soderbergha, „Sex, Lies…” broni się. To zdecydowanie ten Soderbergh, którego można cenić.