Gummo / Skrawki (1997)

Kiedyś jadąc turystycznym autokarem w stronę Hamburga, dzięki pomysłowym organizatorom wyjazdu, miałem okazję zobaczyć dwa filmy, po których projekcji cisnęło mi sie na usta tylko „o kurwa” (choć z różnych powodów). Parę lat później przypomniałem sobie o tych filmach i postanowiłem odświeżyć obie pozycje. Pierwszą pokonałem jakis czas temu i był to film „Skanersi” Cronenberga, drugim  było właśnie „Gummo”, z którego pamiętałem tylko różowego królika i masę przekleństw. Tak się złożyło, że jest to film Harmony Korine’a, o którym pisałem przy okazji Kids i Larry’ego Clarka. To tylko wzmożyło mój apetyt i wczoraj w nocy zaserwowałem sobie na kolację projekcję „Gummo”.

Korine ponoć kręcił ten film mocno naćpany. Biorąc to pod uwagę i fakt, że jest autorem scenariusza do szokujących „Kids’ów” i „Ken Park”, zapowiadało sie ciekawie. Ale było lepiej. „Gummo” kopie w ryj na wejściu, przybliża historię mieściny, w której rozgrywa się „akcja”, stylizując wszystko na dokument i wrzuca zapowiedź absurdu następnych 90 minut. Wiocha w stanie Idaho nękana przez tornada, miejsce tragedii wielu rodzin ale też miejsce tragedii rodzaju ludzkiego wogóle. Film to skrawki z życia miejsca, jakich pełno w Ameryce i jakich Ameryka się wstydzi. To Ameryka w stylu redneck i obraz człowieczeństwa w najgorszym wydaniu. Sadyzm, masochizm, rasizm, ksenofobia, wandalizm, głupota, zaściankowość, małomiasteczkowy quasi-satanizm, no future generation, amoralność, nihilizm, marazm, gówno, wykorzystywanie niepełnosprawnych, brzydota, zezwierzęcenie, rozwiązłość, wynaturzenia, dogmatyczny konserwatyzm, nicość, chujnia, pedofilia, żółć, piana z pyska, oszustwa, konformizm, powierzchowność, konsumpcjonizm, schamienie, syf i intelektualna defekacja. To chyba jeden z najbardziej anty-ludzkich filmów jakie dane mi było zobaczyć. Całość dopełnia muzyka, głównie siarczysty death metal, zresztą w swoim założeniu anty-ludzki, a także ładnie wpleciony Roy Orbison. Gdzieś między tym para-dokumentalnym zeszmaceniem ludzkości Korine wciska symbolikę z kręgów religijnych i anty-religijnych. Z jednej strony odwrócone krzyże i kozły, które nasunęły mi conajmniej kilka wątków interpretacyjnych, o których nawet nie będę tutaj wspominać; z drugiej królik, który w tradycji chrześcijańskiej jest symbolem czystości i odrodzenia, natomiast w Buddyźmie – poświecenia. I ten właśnie królik staje się w filmie przewodnikiem po patologiach dając jednocześnie nadzieję, że to nie wszystko, to nie koniec, że z tego bagna można się wyrwać a nawet je zmienić. Nadzieja w filmie, który każe wszelką nadzieję porzucić.

Jak widać Korine ma też słabość to muzyki metalowej, w „Gummo” pełno koszulek i naszywek z nazwami Dio, Krokus, Iron Maiden, Black Sabbath. Sam zresztą w Kids pojawił się w koszulce Nuclear Assault.

Jeśli chcecie się odprężyć, zobaczyć coś z dziewczyną albo podnieść się na duchu, odpuście sobie „Gummo”. Jeśli kino patologii nigdy was nie pociągało i chcecie dalej humanistycznie wierzyć w gatunek ludzki, odpuście sobie „Gummo”. Jeśli chcecie zobaczyć ładne widoki, ładną reżyserię i ładnych aktorów, odpuście sobie „Gummo” bo twarze niektórych postaci są nie tyle szokujące co kosmicznie odpychające. Brzydota w czystej postaci. „Gummo” to film brzydki, bezpośredni i skrajny – i za to niektórzy go pokochają, niektórzy nie dotrwają do końca. Z mojej strony, pełne 3/3 – tego oczekuję od kina.