thirteen / trzynastka (2003)

Wiele przypadków dzisiejszego dnia sprawiło, bym za kwadrans pierwsza na kanale Polsat zaczął oglądać ów film. Zapowiadało się wspaniale, ocena na imdb 7.0, cudny obrazek i przepiękny opis:

A thirteen-year-old girl’s relationship with her mother is put to the test as she discovers drugs, sex, and petty crime in the company of her cool but troubled best friend.

Początek tak nas urzekł, że nie sprawdziliśmy osób odpowiedzialnych za ten film. Okazało się, że to reżyserski debiut pani Catherine Hardwicke i pewnie mało kto kojarzy kto to, ale każdy kojarzy jej najnowsze dzieło ‚Twilight’ / ‚Zmierzch’, a co poniektórzy mogą też kojarzyć ‚Lords of Dogtown’. Trzynastkę napisała razem z Nikki Reed, która gra, mającą zły wpływ na główną bohaterkę, Evie (po prawej na obrazku :*). Co ciekawe Nikki gra też w obu wymienionych wyżej filmach, a tu zagrała jedyną postać, którą polubiłem.

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Tytułowa trzynastka – Tracy, właśnie przyszła do nowej szkoły, gdzie szybko została zakwalifikowana do dzieci żadnych. Jak to zwykle w takiej sytuacji bywa, było jej smutno. Szybko kupiła trochę modnych ciuchów i spróbowała zaprzyjaźnić się z najpopularniejszą fruzią w szkole. Podczepiła się pod nią na wyjście na sklepy i powodowana chęcią wstąpienia do kliki, raz dwa nauczyła się okradać ludzi i sklepy. Jej pierwszy łup – 800$ przyćmił rabunki nowych koleżanek, więc szybko wstąpiła na szkolne salony. Po tej przygodzie poszło już z górki, zaczęła się totalna degrengolada zachowania głównej bohaterki. Buntowniczy wiek i zły wpływ nowej przyjaciółki dopierdoliły całe domostwo Tracy. Patologizacja była ekspresowa. Nie pomógł fakt, że jej matka była bezrobotną hippiską, farbującą ludziom głowy w domu, do której właśnie wrócił z odwyku znienawidzony przez córkę konkubent.

Film stara się szokować, ale przy filmach Larrego Clarka jest niczym. Ogólnie jest w tym względzie miernotą. No, może poza tekstem do mamy: ‚Patrz jakie mam nowe stringi, łatwiej sra się na mieście.’ Jednak szok. Fabularnie jest totalnie tendencyjny i przez to denerwujący. Na domiar złego jest kręcony kamerą w stylu ultimatumu Bourne’a, więc czasem można się porzygać. Główna bohaterka jest wkurwiająca jak gosia z sosnowca z pierwszego big brothera i jej program o make-overze mieszkaniowym.

Nie polecam. Zapowiadało się cudnie, wyszło jak z tymi stringami, ale koniec końców było tam kilka scen dzięki którym cieszyłem na tej miernocie japę. 1/3-.