Hunger / Głód (2008)

Debiut reżyserski Steve’a McQueena – taka informacja przyciągnęła moją uwagę do filmu „Głód”. Steve McQueen to mój faworyt jeśli chodzi o aktorów-gwiazdorów z lat 60-tych i 70-tych. Bullit albo Papilon były dla mnie odkryciem innego kina, antagonistycznego wobec dzisiejszego Hollywood. Ale, ale… Tamten McQueen, niepokorny syn kina, zmarł jakieś 30 lat temu. Siłą rzeczy nie mógł nakręcić filmu w 2008 roku, a na jakaś produkcję pośmiertną, w stylu 2Pac, to nie wygląda. Więc? Więc McQueen, autor filmu „Głód” to czarnoskóry mieszkaniec Londynu i z amerykańskim gwiazdorem ma de facto niewiele wspólnego.

Drugą rzeczą jaką usłyszałem o naszym filmie jest tematyka – głodówka wśród więźniów z ugrupowania IRA. To trochę dobrze i trochę źle – z jednej strony kroił się film w odcieniach szarości, ukazujący wyklętą IRA od drugiej strony medalu, stawiając na piedestał ich przekonania, racje i walkę. Z drugiej jednak strony, ostatni film o IRA jaki widziałem, a był to „Wiatr buszujący w jęczmieniu” Kena Loacha, był nudny jak flaki z olejem.

Na szczęście okazało się, że „Głód” ulokowany jest w nieco innym momencie historii walki irlandzkich republikanów – znacznie bliższym naszym czasom. Opowiada historię domagania się przez więzionych działaczy IRA statusu politycznego i związanego z tym buntu więziennego, lokując w centrum wydarzeń postać Bobby’ego Sandsa – znanego, ówczesnego lidera IRA, i dodając kilka satelitarnych wątków. Wszystko na faktach.

„Głód” oczywiście wypełniony jest kontekstami politycznymi, przywoływaniem elementów historii walki z rządem brytyjskim, symboliką konfliktu w Irlandii Północnej; pojawia się nawet głos Margaret Thatcher z jej słynnym cytatem w kwestii „przestępstwo to przestępstwo”. Mimo to, większość filmu to zmagania ludzi z realiami irlandzkiego więzienia. Ludzi po obu stronach barykady – zarówno upadlanych, przepełnionych złością więźniów, oschłych, oziębionych rutyną klawiszy, jak i zmagających się z okrucieństwem swojej pracy policjantów.

Realizatorsko film zaskakuje ascetycznym kontemplowaniem aury więzienia z wszędobylsko unoszącym się sprzeciwem  i bezradnością. Zakonna cisza dokumentowana z uporem przez McQueen’a w kilka sekund przekształca się w furię i szał. Pedantyczny, sterylny świat służby penitencjarnej konfrontuje się z potem, moczem, kałem i brudem wszelkiego rodzaju protestów. Wszystko właściwie bez słów. Długie, wymowne ujęcia  hipnotyzują i wprowadzają widza w świat ponurej, samotnej rzeczywistości więzienia i, co najważniejsze, nie nudzą. Asceza i „dudniąca” cisza przerywana szczękiem stalowych drzwi nie wzmagają w widzu senności – intrygują, malują atmosferę. Niemal godzinne wprowadzenie do brutalnych, odczłowieczonych reguł rządzących więzienną społecznością zmienia się w potok słów w postaci rozmowy dwóch ludzi. Kilkanaście minut dialogu, dwa ujęcia kamery i werbalizacja tego co do tej pory pokazane było jako wizualne plamy, po to by w epilogu znów wrócić do pierwotnej, niewerbalnej formy. Pojawia się zgoła inna symbolika, rodzina, coś na kształt reminiscencji i film się kończy.

I w tej końcówce obraz polityczny odchodzi trochę na dalszy plan, pojawia się historia człowieka. Indywidualna historia kogoś kto w imię swoich, nieważne jak słusznych, przekonań zdobył się na czyn dla przeciętnego widza ekstremalny. Przekroczył granicę dla większości nie do przekroczenia. I mimo, że takie historie już mało kogo wstrząsają, film McQueena wywiera wrażenie i wyciąga na wierzch istotę takich heroicznych czynów w sposób perfekcyjny. Odradza się w nim duch ludzkiego poświęcenia, walki o wolność i, co tutaj może najważniejsze, dobrego kina. Londyński McQueen raczej ikoną na wzór tego amerykańskiego nie zostanie, ale jeśli będzie dalej kręcił takie filmy to ja jestem za.