The Hurt Locker / W Pułapce Wojny (2008)

Dużo ostatnio, przy okazji różnych nagród filmowych, słychać na temat nowego filmu Kathryn Bigelow. W brytyjskiej telewizji „The Hurt Locker” reklamowany jest jako „one of the best war movies ever made”. I tutaj nasuwa się kilka pytań. Pierwsze, oczywiste, czy na pewno „one of the best”? Drugie, czy powstał w końcu film wojenny na miarę XXI wieku? Trzecie, czy kobieta potrafi nakręcić film opisujący świat skrajnie zmaskulinizowany, bez popadania w stereotypy? Z takimi pytaniami zasiadłem do ‚hurt lockera’ i z dozą, przyznam się szczerze, sceptycyzmu, bo w ostatnich latach jedynym filmem wojennym, który jakkolwiek można uznać za dobry był Jarhead.

Wszystko zaczyna się typowo – cytat, informacja o miejscu akcji (Irak, jakżeby inaczej) i kręcenie z ręki. To ostatnie jest już trochę zbyt oczywiste – nawet jeśli paradokumentalny charakter filmu, zwłaszcza wojennego, czyni go bardziej relistycznym i dynamicznym to maniera jaka ogarnęła kino wojenne ostatniej dekady staje się powoli nudna. Sprawia ona, że cały ten odłam kina wygląda tak samo – czasem lepiej, czasem gorzej ale generalnie tak samo. Brakuje mi w tym wszystkim jakiegoś stabilnego, ładnego ujęcia, które bez sztuczek łapie urok chwili czy pejzażu.

Od pierwszych chwil nie mamy wątpliwości czego „The Hurt Locker” dotyczy i dość szybko zarysowuje się fabuła, której towarzyszy naprzemienny wzrost i spadek napięcia. Wszystko jednak na pewnym levelu, który sprawie, że cały czas oglądamy film na pół-wdechu. To zdecydowany atut filmu, przynajmniej jego pierwszej części – Bigelow udało się nakręcić kilkunastominutowe sceny z akcji saperskich, które w pełni skupiają uwagę widza i trzymają w napięciu posługując się tylko obrazem, i żołnierskimi komendami, w sposób prawie dokumentalny (świetna scena przy budynku ONZ). Całkiem ciekawa wydaje się też relacja wewnętrzna trójkąta głównych bohaterów – brak łzawych historii, przerysowanego kozaczenia i wielkich, tendencyjnych przyjaźni. Wzajemny stosunek każdego z bohaterów płynnie faluje dzięki czemu nie powstaje banalna, sztywna więź ustawiająca akcję do końca filmu.

Zdecydowaną gwiazdą jest Jeremy Renner i jego pierwszoplanowy William James. Renner stworzył postać idealnie psującą do scenariusza i jednocześnie będącą czymś nowym w kinie wojennym. Z jednej strony ultra-fachowiec, specjalista, kozak; z drugiej nieobliczalny, rozkapryszony wojak, człowiek uzależniony od wojny i jednocześnie zagubiony; człowiek odporny na strach a jednocześnie kompletnie bezradny w świecie poza batalistycznymi realiami.

„The Hurt Locker” nie jest pozbawiony wpadek, głównie w warstwie fabularnej. Realizatorsko jest dobrze, nawet bardzo, jak na gatunek i czas, którym jest przypisywany. Brak tu elementu wybitnego, brak nowatorstwa, nie ma niczego wielkiego – mimo to jest lepiej niż się spodziewałem. Czy jest „one of the best”? W perspektywie całego kina wojennego – z pewnością nie; w perspektywie XXI wieku – chyba tak. Czy jest to film wojenny na miarę XXI wieku? Nie. Czy kobiecie udało się nakręcić dobry film wojenny? Tak. Nie przesadzajmy więc z tymi wielkimi słowami ale jak ktoś chce sobie zobaczyć nowoczesny film o wojnie, sprawnie zrelizowany, spokojnie może sięgnąć po film panny Bigelow.