Massive Movie Attack (MMA) #1

Zaczynamy z nowym, cotygodniowym cyklem o nazwie ‚massive movie attack’ czyli MMA. Znajdą się tutaj krótkie opisy filmów, które w ostatnim tygodniu mieliśmy szczęście/nieszczęście zobaczyć, a dla których pisanie recenzji jest bezcelowe lub nie mamy na to czasu ani chęci. Szybki przegląd filmów jakim będzie MMA jest tworzony przez trzon EWTO: 120ds, alabame i przybora (drillbit pozostaje przy funkcji zaopatrywania was/nas w warte uwagi trailery z cyklu TEASERTYWNIE), i kolektywnie publikowany raz na siedem dni. Nie będzie ocen (przepraszooom, ale tu zrobię wyjątek – dop. alabama), nie będzie dłużyzn i definitywnie nie będzie przebacz. Tyle tytułem wstępu, czas napierdalać!


33 sceny z życia (2008) – aktorsko poprawnie, realizatorsko średnio – z przebłyskami. Dziwne internacjonalne elementy aktorskie niewiele pomogły. Ogólnie słaby, bez znaczenia. Czasami irytujący i monotonny.

Nieruchomy poruszyciel (2008) – gdzieś tam padło, że to „polski Lynch”. No coż, wypada chyba dodać – jaki kraj taki Lynch. Nie dotrwałem(liśmy) do końca (ale nie wiem czy koniec by coś zmienił).
(żadne wzorowalnictwo, nawiązania denne i na siłę. koszmor – dop. alabama)

Blow Out / Wybuch (1981) – kolejny przykład na to, że Brian DePalma filmów kręcić nie potrafi. Jest momentami fajny klimat, może jedna/dwie ciekawe sceny, niezła paleta kolorów ale… w sumie to gówno. Historia prowadzi totalnie do niczego, logika i zdrowy rozsądek się chwieją, napięcie nie istnieje. Postać żeńska, wpleciona zresztą w jakiś zbędny wątek quasi-miłosny, męcząca, zarówno grą aktorską jak i ogólnie swoją osobą. Jedynie końcówka kozaczy. Aha, no i porównanie do „Rozmowy” Coppoli natychmiastowe i oczywiste – dobitnie ilustrujące który jest reżyserem wielkim, a który nijakim.

Pandorum (2009) – koleś budzi się z hibernacji na opuszczonym statku, który jednak nie jest opuszczony za to każdy walczy tam z każdym (prawie). Jakieś zmutowane stwory, umorusani indianie i Chińczycy. Potem walka o uratowanie cywilizacji. Nihil novi. Nudne, wtórne, nijakie. Takie trochę „Zejście” w kosmosie.

Tsotsi (2005) – płaczące dziecko dręczone przez debilizm młodego patusa, afrykańska muzyka rozrywkowa, slumsy i moralitety. Ja tego nie kupuję.

Amen. (2002) – dość ciekawa historia na faktach, niestety zrealizowana jak polskie filmy z Adamczykiem. Wieje nudą i słabizną. Na domiar złego widziałem w wersji gdzie wszyscy mówili po włosku (nie wiem w sumie jak jest w oryginale) i było to koszmarne przeżycie. Nagrodzony i dobrze oceniany, niestety w rzeczywistości słabizna.

Hudsucker Proxy (1994) – film braci Coen z typowym dla nich urokiem i stylem. Szkoda tylko, że to komediowy styl bardziej w kierunku „Bracie gdzie jesteś?” niż „Big Lebowski” co mnie średnio cieszy. Mimo to, bardzo przyjemna rzecz.

120daysodomy


Doghouse (2009) – kolejny w tym roku film typu zombie podany w żartobliwej konwencji. W obsadzie znane młode angielskie twarze: Danny Dyer („Football Faktory”, „Human Traffic”) i Stephen Graham („Snatch”, „This is England”). Troszkę na siłę wydłużony, ale w swojej kategorii wygrywa z „Zombieland” czy inną brytyjską zombie-komedią – „Shaun of the Dead”. Odpowiedni na chillowy poranek lub bezsenną noc, gdy brak czegoś lepszego pod ręką.

Whip It (2009) – debiut reżyserski Drew Barrymore o wydziaranych wrotkarkach z Ellen Page w roli głównej. Rodzinne problemy, nieokiełznany młodzieńczy zapał, srogie naparzanie (głównie w wykonaniu reżyserki, która udziela się również aktorsko) i nieunikniony wątek miłosny. Nadaje się wyłącznie do wspólnego oglądania połączonego z luźna konwersacją.
(czadowe minimotywy plus zagadkowy motyw muzyczny podczas treningu. miluchne. – dop. alabama)

Smokin’ Aces 2: Assassins’ Ball (2010) – istny filmowy koszmar. Oczywiście wszystkie znaki na niebie to sugerowały (inna obsada, inny reżyser, pojawienie się filmu na rynku DVD bez  kinowych pokazów), ale ostateczny efekt i tak mną wstrząsnął. Co prawda przespałem środek filmu, ale mój współtowarzysz oglądania był daleki od zachwytu. Okropne aktorstwo, okropny scenariusz, okropne wykonanie i masa powielanych motywów (zwłaszcza finał ewidentnie podkradziony z „Usual Suspects”).

Enen (2009) – niepotrzebnie chwalona polska produkcja z Borysem Szycem w komicznym szopenowskim uczesaniu. Z niewiadomych mi przyczyn, polscy scenarzyści, pisząc mroczne historie, zawsze muszą zawrzeć w historii motyw szpitala psychiatrycznego (m.in. „Palimpsest” czy też „Pora mroku”). Omijać szerokim łukiem.

It Might Get Loud (2008) – dokument o konfrontacji trzech muzyków: Jimmy Page (Led Zeppelin), The Edge (U2) i Jack White (The White Stripes), procesie tworzenia muzyki i ich indywidualnym podejściu do gitary elektrycznej. Przewidywalnie z „pojedynku” zwycięsko wychodzi Jack White, a Edge jest tylko trochę mniej wkurwiający niż zawsze. Całkiem przyjemne.

przybor


Zombieland (2009) – Po ultraczadowym intro, awesomeness spada ale do nienajgorszego poziomu. Za dużo szybkomówiącego nerda Jesse Eisenberga, za mało siejącego rozpierdol Woody’ego Harrelsona. Fajny Bill Murray ale nie aż tak jak o tym wszyscy mówili. Biorąc jednak pod uwagę całokształt, ogląda się to przyjemnie, miło i fajnie. (2/3= w sensie na szynach!)
(Eisenberg to drugi Michael Cera – wszędzie identyczny !!. – dop. przybor)


Cold Souls
(2009) – Paul Giamatti gra Paula Giamatti w filmie o oddawaniu do przechowania, wymianie i przemycie dusz. Pomysł ciekawy, a jak to wyszło? Średnio. Starał się strasznie by być w stylu Charlie Kaufman (scenarzysta i reżyser związany z takimi filmami jak Być jak John Malkovich, Adaptacja, czy Zakochany Bez Pamięci) ale z nieciekawym skutkiem spowodowanym głównie brakiem humoru. Film zbyt poważny i smutny. (1/3)


The Return Of The Living Dead / Powrót żywych trupów
(1985) – Nie wiem czemu żaden z powyższych chłopaków o tym nie napisał, bo oglądaliśmy to razem, więc jeśli któryś chciał napisać pełnoprawną recenzję to przepraszam. Pierwsza parodia filmów Gorge’a A. Romero. Film jest czadowy. Fabularnie, absurdalne wydarzenia, które spowodowały wysyp wyjątkowo inteligentnych i zaradnych żywych trupów są oczywiście tylko tłem dla wielu komicznych motywów, ale to właśnie ta fabuła najbardziej mnie urzekła. Dodatkowo super różnorodne postacie z Trash na czele <3. (2/3)

Futurama: Bender’s Big Score! / Futurama: Wielka wyprawa Bendera (2007) – Powtórzyłem sobie pierwszą pełnometrażową odsłonę animowanej Futuramy. Jakościowo w stylu niezłego odcinka. Oczywiście masa szczególików i czadowych motywów i nawiązań. Lubię to.

Bande à part (1964) – Film, od tytułu którego Tarantino wziął nazwę dla swej firmy produkcyjnej, czyli kultowy klasyk francuskiej Nowej Fali, nakręcony przez przez samego mistrza – Jean-Luc’a Godarda. Dwóch drobnych rzezimieszków zafascynowanych hollywoodzkimi filmami klasy B, planuje z pomocą młodej studentki okraść bogatego typa, u którego młoda mieszka. Dużo wyjątkowych scen, sporo nawiązań (a także przypomina mi się parę filmów, które nawiązują do ‚Amatorskiego Gangu’ właśnie), sporo zabawy konwencją i ciekawy styl. Jednocześnie ciekawe, skłaniające do przemyśleń, lekkie i wcale nie przestarzałe. Polecam, ale nie każdemu. (3/3)

j. alabama