Clint Eastwood a bitwa o wyspę Iwo Jima

Clint Eastwood to jedna z największych postaci amerykańskiego kina. Zarówno jako aktor, jak i reżyser sygnował i sygnuje swoim nazwiskiem produkcje, w większości, co najmniej dobre a momentami znakomite. W odróżnieniu od kilku swoich kolegów, wybitnych aktorów, przejście na drugą stronę kamery udało mu się, a od paru lat filmy, których stał się reżyserem zbierają wysokie noty zarówno wśród widzów, wśród krytyków, wśród Akademii Filmowej, no i u mnie (ok, pomijam „Invictus” bo nie widziałem). Jak więc wielkim wydarzeniem było wydanie prawdziwie epickiego produktu – ponad pięciogodzinnego zobrazowania bitwy o wyspę Iwo Jima.

Wszystko zapowiadało się znakomicie – dwa pełnometrażowe filmy, które pokazują ten sam ułamek historii japońskiej wyspy z dwóch perspektyw. Wszystko na faktach, za produkcję wziął się sam Spielberg, za scenariusz strony japońskiej – Iris Yamashita.

Będąc po 3 godzinach historii, czyli zasadniczo po przerzuceniu strony, i będąc w trakcie drugiego filmu, widać, że dla urozmaicenia formy, Eastwood obie historie opowiada w nieco innej konwencji.

„Listy z Iwo Jimy” będące wersją strony azjatyckiej są prostą historią oddziału japońskiej armii, która „porzucona” przez Cesarza ma obowiązek wziąć na swoje barki atak amerykanów. Cała ta misja prawie-samobójcza jest owiana szczyptą japońskiej tradycji, głównie wojennej – zarówno rozsądnej, jak i przeciwnie. Twórcy zahaczają o tematykę polityczną choć w wypadku „Listów…” film skupia się na losie dwóch skrajnie usytuowanych w hierarchii oddziału żołnierzy i podejmuje problem bezsensowności wojny, jej relatywizmu, ale i surowej dyscypliny japońskiej armii. Wszystko staje się spójną, nieźle, choć wtórnie, zrealizowaną historią heroizmu, tradycji i walki.

„Sztandar Chwały” na wejściu stawia zupełnie inny obraz bitwy. Banda napalonych i naćpanych amerykańskich szczeniaków dostaje karabiny i wtórowani amerykańskimi hasłami ku pokrzepieniu serc pędzą skopać dupę skośnookim chudzielcom. Z czasem wszystko przeradza się w miks „Wojny Charliego Wilsona” i „Szeregowca Ryana” czyli Eastwood serwuje nam skakanie między okopami Iwo Jimy a wytwornymi wnętrzami gabinetów waszyngtońskich decydentów. Trzonem historii przestaje być walka o wyspę a moment postawienia na jej szczycie amerykańskiej flagi, jego zdjęcie i wszelkie perypetie ekonomiczno-społeczno-polityczne, będące następstwem tego faktu. Dla mnie niestety jest to wszystko zbyt chaotyczne. Wydaje mi się, że społeczne i polityczne problemy jeszcze nigdy u Eastwooda nie były tak nijakie i płytkie. Trudno jest się wczuć w klimat, nie wiadomo czy trzeba współczuć ciężkiej pracy wojennego medyka, użalać się nad dyskryminowanym Indianinem czy złościć się na wymuskanego karierowicza. Jeśli wszystko naraz to niestety, nie w tym filmie.

To co cały czas mnie nurtowało to, którą cześć oglądać najpierw. Eastwood zasugerował jako pierwszy „Sztandar Chwały” i chyba jest to ciekawsze wyjście. Po pierwsze, „Listy…” są filmem lepszym, co może pozostawiać po tym duecie lepsze wspomnienia. Po drugie, spójniej i wytrwalej pokazują sedno tego wszystkiego – bezsilność i manipulację zwykłego obywatela, bezwzględność najwyższej władzy, brak sensu i relatywizm wojny, a przede wszystkim, przytłaczający wpływ na jednostkę i jej indywidualne lęki.

Niestety, ani całościowo ani pojedynczo, filmowa historia o japońskiej wyspie nie jest dziełem na miarę Clinta Eastwooda – reżysera. Nie jest jednak filmem złym i pewnie wielbicielom kina batalistycznego/wojennego, zwłaszcza część japońska, przypadnie do gustu. Może Clint potrzebuje nakręcić jeszcze kilka filmów żeby nakreślić ostateczną wizję swojego wielkiego filmu wojennego. Na szczęście później wyreżyserował rzeczy, które świadczą o tym, że wciąż potrafi zrobić piekielnie dobre kino – więc ja się o Eastwooda nie martwię i pewnie będą czekał na każdy jego kolejny film.

Ciężko mi dać ocenę bo „Listom z Iwo Jimy” dałbym jakieś 2/3 a „Flags Of Our Fathers” niezłe 1/3. W sumie wychodzi 1.5 ale biorąc pod uwagę, że to Clint Eastwood dodaję za każdą jego bruzdę na twarzy 0.01, więc „2/3” będzie jak ulał.