Straw Dogs / Nędzne Psy (1971)

Sam Peckinpah, jeden z najciekawszych twórców westernów, urodzony w kalifornijskim Fresno, w roku 1971 porzuca dziki zachód i przenosi widza w dzicz zupełnie inną – współczesną brytyjską wieś. Brak tutaj konfrontacji kowbojskiej sensu stricto, choć fascynację Peckinpaha westernem widać na kilometr. Jest za to walka o przetrwanie, osaczenie i zezwierzęcenie – i to w formie, która sprawiła, że „Nędzne Psy” stały się najbardziej kontrowersyjnym filmem „krwawego Sama”.

Może dziś film nie wzbudza już takich kontrowersji ale w 71’ to był prawdziwy cios dla brytyjskiego kina. Ówcześni krytycy filmowi prześcigali się w wymyślaniu określeń dyskredytujących lub chwalących brutalne kino Peckinpaha. Jakaś tam dziennikarka nazwała go „faszystowskim” a strażnicy brytyjskiej moralności usilnie starali się o ocenzurowanie filmu zanim trafi do kin. Przy okazji blokady kinowej projekcji filmu „Flesh” ze stajni Andy’ego Warhola, kilkunastu krytyków na łamach The Times oburzało się, że jednocześnie dopuszcza się do kin „Nędznę Psy” Peckinpaha. Tak się działo.

Co więc ma w sobie „Straw Dogs”, że wpływał (i wpływa do dziś) tak mocno na widza? Z pewnością film jest bardzo intensywny. Napięcie i niepokój towarzyszą widzowi od pierwszych minut (sekund?), gdzie zarysowywani są główni bohaterowie. Wielkość tego filmu polega na braku dosłowności i wszechobecnym niedopowiedzeniu. Każda postać z osobna ma w sobie garść tajemnicy, czasami nie wyjaśnionej aż do samego końca. Nad angielską wioską unosi się prowincjonalna duchota małej społeczności, wraz z ich najmroczniejszymi tajemnicami, a wewnętrzne układy między miejscowymi są nie do końca jasne, choć widz nie ma złudzeń, że nie należą one do sielankowych.

W gąszczu prowincjonalnych tubylców znaleźć można odmieńców, znów mniej lub bardziej tajemniczych – stojący na straży prawa Major czy upośledzony, wyklęty przez wieś, skazany na banicję upośledzony mężczyzna, którego niewyjaśniona zbrodnia staje się pretekstem do ostatecznej akcji „Nędznych Psów”.

W sam środek tego wszystkiego wrzucone jest małżeństwo – amerykański matematyk David (Dustin Hoffman) i jego żona Amy (Susan George). David w tej małej mieścinie czuje się raczej jak Murzyn w polskim pubie – ot, taka jankeska, chodząca ciekawostka choć wzrok niektórych nie do końca zdradza czy chodzi o ciekawość czy o chęć przywalenia w mordę. Amy natomiast jest miejscową blondynką, która wróciła do rodzinnych stron aby z dala od wielkomiejskiego zgiełku nacieszyć się czasem z mężem. Problem w tym, że jest tak samo popierdolona jak miejscowi – ogólnie nie wiadomo czego chce, co robi w życiu i cały czas prezentuje niezidentyfikowaną dla mnie minę. Zresztą Susan George dzięki roli w „Nędznych Psach” dołącza do panteonu najbardziej wkurwiających żeńskich postaci w historii kina – jej wiecznie obsrana mina, dziecinne, irytujące zachowanie i wieczna prowokacja napalonych wieśniaków wraz z późniejszym narzekaniem na ich wywalone języki (sooo typical), sprawiały, że pojawiały mi się w głowie myśli w stylu „dobra, idź już” (co zresztą wypowiada potem jej mąż David, także w przenośni i symbolicznie).

Wymarzony spokój na angielskiej prowincji staje się jednak koszmarem i to dwutorowym. Miejscowe nędzne psy okazują się nie tylko napalonymi wieśniakami, którym pohamowanie instynktów jest raczej dalsze a rozwiązywanie problemów za pomocą strzelby i pięści raczej bliższe; ale także kochają samosąd i zrzucanie winy na najsłabsze jednostki. Całe to bagno sprawia, że przytulny domek staje się miejscem wielokrotnych zbrodni, osobistych tragedii, osaczenia, ale i bastionem, w którym chroniona jest resztka przyzwoitości i człowieczeństwa. Spirala przemocy i nienawiści nakręca się do tego stopnia, że nikt już nie ma wyboru, brak obustronnej alternatywy powoduje walkę na śmierć i życie, w której też ostatecznie demaskują się emocje i charakter niektórych bohaterów. Całość dopełnia prosta ale znakomita końcówka – jedna z tych, nad którymi można zastanawiać się dniami, jedna z tych, które sprawiają, że film Peckinpaha nie pozostaje tylko studium prowincjonalnej ciemnoty i człowieka w obliczu niebezpieczeństwa, ale staje się filmem egzystencjalnym.

Trzeba przyznać, że romans Sama Peckinpaha z nowoczesnym thrillerem wypadł co najmniej dobrze. Współcześni reżyserzy, próbujący nasycić film sztuczkami nowej technologii kina mogliby się uczyć z “Nędznych Psów” jak zaciekawić widza gęstą atmosferą za pomocą prostych elementów. „Straw Dogs” to jeden z tych filmów, które powodują, że zastanawiam się nad formą XXI-wiecznego thrillera, bo takich rzeczy się już nie kręci. Rzeczy, które jedną scena potrafią zmieść kino z powierzchni ziemi; rzeczy, które za pomocą przemocy i brutalizmu biorą udział w dyskusji na tematy ważne, i które jednocześnie nie potrzebują hiper-tech kamer robionych przez 10 lat w kalifornijskich laboratoriach, żeby poruszyć widza. Sam Peckinpah potrafi kręcić filmy i „Nędzne Psy” są tego przykładem.