The Ghost Writer / Autor widmo (2010)

Pierwsza w historii EWTO recenzja gościnna! Polańskiego i jego problemy życiowe zostawiamy na boku, bierzemy się za jego najnowsze dzieło, co do którego zdania są bardzo podzielone. Dwójka naszych znajomych na tajemnym forum miała co do filmu piękną wymianę zdań, która nadaje się na pełnoprawną recenzję.


Nie ogladajcie Ghostwritera.

Sceny typu: McEvan który rozgląda się w lewo, potem w prawo, potem patrzy sobie w sufit, potem kurwa otwiera sobie ryj i ziewa… trwające po 5-10min sprawiały, że miałem ochotę obciąć sobie jaja.

Bruce Nebraska (20 Lut 2010)


Obejrzyjcie Ghostwritera.

Zajebista fabuła we franticowskiej oprawie, z poprawną gra aktorska. jeden z lepszych politycznych dreszczowcow jaki miałem okazję oglądać ostatnimi czasy- na świeżo 8/10.

Albert Maine (22 Lut 2010)


Nie

Film zaczyna się wielkim chujem i jeszcze większym kończy. Miało być Frantic, a jest jakaś skandynawsko klimatyczna szmata (w tej roli niemiecka część bałtyckiej Wyspy Uznam) – udająca jakąś tajemniczą posiadłość w USA, którą stworzył człowiek szorujący zęby dzieciom własnym chujem. Nie ma w tym ani polityki, ani prawdy. A przypisywanie roli „new world order” CIA, to jakieś kurwa nieporozumienie. W tym akurat najlepsi sa chopcy pana Romana Lieblinga. Fatalna gra aktorska – wszyscy jakby najebani, przemoczeni, chorzy tudziez podtruci jodem, brzydka stara sekretarka premiera, która udaje mega maniure i kręci paskudna dupa na lewo i prawo. Na wielki plus zasługuje człowiek okryty plandeka z TIRa, który na oczach kilkudziesięciu ochroniarzy zdejmuje premiera z dachu lotniska – wtedy zaczyna sie film (10min przed koncem).

Wspaniałym elementem jest rownież lansowanie pięknego zagranicznego auta marki bmw, ukazywanie jego wyższosci technologicznej nad innymi pojazdami – piękne. Nie zmienia to jednak faktu, że się ktoś jebnał i zabrał do USA (czyt. wyspę Uznam), europejską wersję tego samochodu.

Film nudny, przewidywalny i odjebany na kolanie z zakończeniem w stylu „Skarb narodów” (widziałem z przymusu w samolocie) w przeciwieństwie do klimatycznego Frantica, w którym do końca nie wiadomo o co chodzi, a wszystkie dziewczyny to rasowe paryskie dziwki w skórzanych strojach z otworami na jszczanie, sranie i dupienie.

Bruce Nebraska (23 Lut 2010)


ah gówno, jako że po filmie czułem się jak po przeczytaniu zajebistej książki w klimacie political fiction, to pozwolę sobie nie zgodzić się z pierdoleniem o wyspie uznam.

Nie wiem co miało być- wiem co wyszlo- klimat jest jak nic franticowski- jest mroczno i mokro, w połączeniu z zajebistą fabułą [no chyba, że ktoś nie lubi tego typu klimatów i woli np. popierdalające trolle i karły po świecie, w którym wielkie oko patrzy jak srasz] daje wyśmienite danie- i co jak co, dla mnie będzie to jeden z lepszych filmow ze swojej kategorii.

ps. jak ktoś ogląda filmy, czytając najpierw ich recenzje, czy też najzwyczajniej w świecie nastawiając się na coś opierając to na recencjach/opiniach/przepowiedniach, zazwyczaj sobie ten film pierdoli (chyba, że nastawia sie na cos epickiego i akurat ma szczęście, że ta epickość mu się trafiła).

Albert Maine (24 Lut 2010)


ty jesteś pedał

John Alabama (24 Lut 2010)


Biorąc te wszystkie rzeczy pod uwagę chyba jest to film, który trzeba zobaczyć. Zupełnie jak Avatar <3. Recenzja bez oceny, jeden jakąś tam ocenę wyliczył, a drugi chyba jasno postawił sprawę. Buziaki :*:*

ps. w sumie, totalnie pasuje konwencja tej recenzji do tytułu filmu ;)

polemika by 120daysodomy:

Jako, że właśnie wróciłem z kina, pozwolę sobie dopisać notkę polemizującą (głównie z jedną stroną ww. cytatu). Paradoksalnie większość rzeczy wymienionych przez bruce’a nebraskę jako minus są dla mnie atutem. Po pierwsze film zaczyna się jak klasyczny, dobry thriller – jest mrok, jest pierwsze pierdolnięcie, szybki zarys akcji (wszystko samym obrazem i dźwiękiem, zresztą bardzo dobrze nakręcone), potem wyluzowanie napięcia. Cała senność filmu i rzekome „najebanie” aktorów dopełniało idealnie klimat filmu, jego gęstą atmosferę. Aktorstwo słabe? No way, może ten cały Bond mi tam średnio pasował i jego blond-sekretara ale cała reszta z McGregorem i Olivią Williams na czele, była bardzo dobra. No i rzecz najważniejsza – miejsce akcji. O ile ten film by stracił gdyby wszystko działo się w wielkim mieście albo słonecznym wybrzeżu Kaliforni/Francji. Zresztą każda urokliwa miejscówka psułaby ten skurwiale paskudny, przemoczony klimat Ghost Writera. Epizodycznie Londyn i wiecznie szary stan Maine (gdziekolwiek realnie to było kręcone) uzupełniały się perfekcyjnie. Zresztą całe to miejsce, które stworzył Polański – modernistyczna twierdza, z przeszklonymi ścianami, za którymi pada ściana deszczu (zwłaszcza świetne w jednej scenie kolacji) – wydaje się być skrojone idealnie na miarę całej polityczno-kryminalnej fabuły. A propos fabuły – Romek zekranizował powieść Harrisa więc nie ma się co czepiać szczegółów. Poza tym to w założeniu miało być political-fiction a tutaj zawsze pojawiają się ostatecznie spektakularne wątki na najwyższym szczeblu władzy. CIA? Mosad? Al-Kaida? NSDAP? Whatever. Realizm fabularny nie jest kwintesencją tego filmu, a jest nią przytłaczająca atmosfera spisku, która klaustrofobicznie otacza głównego bohatera.  No i pojawia się też aluzja do osobistego życia Polańskiego – dość wyraźna, choć nie nachalna i samooczyszczająca. To wporzo. Nasz rodak z Hollywood może i pozwalał sobie na za dużo ale filmy robić potrafi. W swojej kategorii jeden z najlepszych filmów ostatnich lat.