Million Dollar Hotel (2000)

Tom Tom i Eloise to byłaby całkiem ładna para, może nawet miła, gdyby nie fakt, że byli pojebani. I to niestety w taki sposób, który w ogóle do mnie nie trafia. W taki sposób pokręcona jest zresztą reszta filmu, za którym kryją się, co najmniej znaczące postacie. Po dokumentalnym „Buena Vista Social Club Wim Wenders proponuje widzom wizytę w jednym z tych miejsc w USA gdzie geniusz miesza się z szaleństwem i gdzie umierają wielcy a inni wielcy nigdy nie zostają odkryci.

Jak już wspomniałem nazwiska sygnujące „Million Dollar Hotel” mogą intrygować, choć niekoniecznie zachęcać. Wim Wenders – wiadomo, dyrygent całego przedsięwzięcia. Produkcja, a co ważniejsze historia autorstwa Bono. To akurat mi średnio pasuje, raczej gościa nie lubię. Ani za jego wątpliwej jakości intelektualnej akcje społeczno-polityczne, ani za jego muzykę. Wielką fantazją się tutaj nie popisuje w warstwie fabularnej, za to dodaje do filmu szczyptę swojej muzyki a ta, ku mojemu zdziwieniu, jest naprawdę dobra. I tak, płynnie przechodzimy dalej w muzykę i kolejne poważne nazwisko czyli Briana Eno, odpowiedzialnego za kompozycję reszty tła dźwiękowego. Brian Eno nie daje dupy, muzyka, którą stworzył jego szalony mózg jest zdecydowanie najlepszą częścią „Million Dollar Hotel”, choć nie wydaje się ona obca. Osobiście przypomina mi dość poważnie dźwięki, które wypełniały wendersowskiego „Nieba nad Berlinem” (ale sprawdziłem i ani Eno tam nie komponował ani tamtejszy Jürgen Kneiper nie brał udziału w „Million Dollar Hotel”).

W każdym razie jak sam tytuł wskazuje wszystko rozgrywa się w hotelu, który zresztą naprawdę istnieje, gdzieś w zakamarkach Los Angeles. Hotel wyrzutków społecznych i artystów – chyba każde większe miasto USA ma taką slums-bohemę, miej lub bardziej sławną, mniej lub bardziej ciekawą. Los Angeles ma pewnie ich z tuzin, ale ten pokazywany przez Wendersa raczej jakiś wspaniały nie jest. W środku same pojeby, i to takie, dla których ciężko znaleźć pozytywny atrybut – coś co sprawiałoby, że cierpliwe odkrywanie w nich wartościowych postaci nie jest wypierane przez wielkie „odpierdol się”.

Po całym życiu hotelu, ukształtowaniu wewnętrznej społeczności, życiu moralnym, duchowym i przyziemnym oprowadza nas Tom Tom czyli miejscowy skater głupek i zarazem główny bohater. Oprowadza nas prawie dwie godziny – tyle Wim Wenders dał mi żebym go polubił. Ale jakoś nie potrafię. Tom Tom nie wydał mi się ani sympatyczny, ani mądry, ani ciekawy. Jedynie odpychający. Jakoś nawet nie potrafiłem mu współczuć. Pewnie sporą część odgrywała w tym typowa wendersowska, leniwa narracja, która, nie ukrywając, nie irytowała mnie tylko przy okazji Buena Vista Social Club – bo tam Ry Cooder, prawdopodobnie, wziął ją po części w swoje ręce/struny głosowe.

Tak więc mamy tego głupka, który zakochuje się w szalonej pannie z sąsiedztwa (w tej roli niezła Mila Jovovich) a wokół nich dzieją się całkiem zwykłe rzeczy, tyle, że w dziwnej oprawie. Między innymi ktoś tam wyskakuje z okna i pojawia się agent Skinner. To ciągłe powtarzanie „Agent Skinner” i „FBI” przez groteskowych dziwaków początkowo przypomniało mi o innym agencie FBI w kuriozalnych okolicznościach (ten, wiecie, agent Cooper) ale niestety świat Wendersa jest, dla mnie, zupełnie gdzie indziej (in minus). Aha, agent Skinner to Mel Gibson – on, w swoim ortopedycznym kołnierzu, też zresztą nie budzi mojej sympatii. Jak tak sobie myślę to nikt jej nie wzbudził, nikt nie zaciekawił (no może poza gościem do Beatlesów, który grał na pianinie), nikt nie wzruszył. Zero.

Wszystko się ładnie zaczyna, ładnie kończy no i Wim Wenders potrafi wprowadzić magiczny klimat – w „Million Dollar Hotel” stworzył kilka cudnych obrazów i uroczych momentów, i one pewnie ratowałyby ten film w moich oczach gdyby nie to, że reszta to zero – absolutne. I irytujące. Ostatecznie film nie pozostawia jakiegoś niesmaku czy wrażenia przegranego fragmentu życia – sprawia jednak niedosyt, że tak dobre chwile są dyskredytowane przez nijaką resztę, że cały potencjał magii i zdolność kreowania wielkiego klimatu Wima Wendersa nie składają się tutaj na dobry film. Tzn. może jest i dobry ale do mnie nie trafia.