Madeo (Mother) / Matka 2009

Ostatnio dotarły do mnie słuchy, że w pewnych katowickich akademikach doszło do masowego oglądania „The Host” i większość stwierdziła, że to najgorszy film jaki widzieli w życiu. Trochę nie mogę w nich uwierzyć – znaczy to albo, że studenci tej uczelni nie kumają pewnych kinowych konwencji i musi im wyskoczyć ktoś machający fiutem żeby zrozumieli, że to wszystko jest z przymróżeniem oka; albo, że niewiele filmów widzieli, albo, że lubią polskie seriale. Tak czy inaczej jebał ich pies – koreański Host był jedną z fajniejszych rzeczy jakie wtedy (dwa lata temu?) widziałem (i chodzi tu literalnie o słowo ‘fajnie’ bo dokładnie ono opisuje czym ten film ma być). W 2009 Joon-ho Bong, autor wspomnianego Hosta raczy nas filmem „Matka”. Jak się to ma do groteskowego Potwora?

Trochę nijak. To co łączy dwa filmy to przerysowane koreańskie postacie – bardzo wyraziste, czasami męczące swoją hiper-ekspresją, czasami zabawne, rzadko realistyczne (choć z tym kinem azjatyckim to jest ogólnie cyrk – albo nie da się odróżnić ich twarzy albo aktorzy mają mimikę jak z mangi – może oni tacy realnie są). Tak czy inaczej większość znów wygląda jakby była niedorozwinięta umysłowo lub co najmniej spalona jak skurwysyn.

„Matka” zaczyna się aktem zorientowania widza czego może się spodziewać – staruszka nieudolnie tańcząca w zbożu komunikuje jasno : to nie będzie zwykłe kino. Choć trochę zwykłe jest, na pewno bardziej niż „Host”. Fabuła typowo sensacyjna, prosta choć nie prostacka. W skrócie, bez spoilerowania – niedorozwinięty nastolatek ma ochotę na jedną z tych pedofilskich Azjatek w mundurkach-spódniczkach, upija się, spotyka taki egzemplarz w nocy, w ciemnej uliczce; potem znajdują ją martwą; chłopak trafia do więzienia a tytułowa matka z uporem maniaka próbuje udowodnić, że to nie jej syn. Sporo zwrotów akcji, niewiele zaskoczeń ale wszystko zgrabne i dobrze skrojone. Joon-ho Bong potrafi nakręcić dobre, klimatyczne sceny, operować kolorami i zagęszczać atmosferę. Wstawki psycho nie są na siłę i bez sensu, ma też już w tym pojebaniu swój styl.

Cała zagadka kryminalna, w swojej klasycznej formie miesza się z komedią albo przynajmniej z humorystycznymi akcentami. To jednak najsłabszy element filmu. Tak jak w „Host” nawet najgłupsze reżyserskie zagrywki powodowały uśmiech, tak w przypadku „Matki” gagi zdają się być nietrafione, aczkolwiek luźny charakter filmu dodaje mu tego specyficznego uroku. Niestety owa „matka” ze swoim fanatyzmem rodzicielskim też bywa irytująca ale wybaczam jej za tańce w różnych miejscach, które, o dziwo, całkiem mi się podobały.

Jeśli ktoś spodziewa się drugiego „Host” to się rozczaruje. Jeśli komuś się poprzedni film nie podobał, nie sądzę, żeby znalazł coś dla siebie w „Matce” – Bong nasyca swoje film bardzo specyficznym luzackim stylem, który trafia do niewielu. Pokazał też, że inny gatunek kina wciąż nie jest mu groźny i zrobił niezły film. Na pewno nic klasy poprzednika, nic do wielokrotnego obejrzenia ale na pewno coś urokliwego, stylowego i ciekawego. Tak więc wspomniany akademik niech czeka na kolejną szmirę pokroju „Klątwy” a fanów „Host” i ciekawych nowych wrażeń zachęcam do seansu „Matki”.

P.S. Jako poprzednika nie liczę „Tokyo!” gdzie odpowiedzialny był tylko za fragment.