Alice In Wonderland / Alicja w Krainie Czarów (2010)

Piszę pełnoprawną recenzję dużego formatu bo, po pierwsze, byłem jedną z nielicznych (dokładnie dwóch) osób, którym się nowy film Tima Burtona podobał, po drugie, „Alicja…” zdaje się wywoływać większe kontrowersje niż można by przypuszczać. Niektórzy na hasło „idę na Alicję w Krainie Czarów w 3D” reagowali niedowierzaniem, śmiechem, konsternacją, że niby to bajka i dorośli nie mają tam czego szukać. Czyżby?

Cała sprawa wygląda o tyle dziwnie, że Burtona zbytnio nie lubię a ci, którzy są wiernymi fanami wychodzili z kina z nietęgimi minami i ostrymi opiniami. Niby chłopak ma styl, wyobraźnie, niby wszystko fajnie, ładnie, niby jest urok ale jakoś mi jego filmy przemijają bez zachwytu. No nie umiem się zachwycić tymi barwami i kontrastami, a już na pewno postaciami, które wymyśla sobie w głowie Tim Burton. Batmany były fajowe, ze stylem i smakiem, reszta góra niezła, często słaba.

Jak usłyszałem o Alicji to się trochę zasmuciłem bo ta psychodeliczna i czarująca opowieść Lewisa Carrolla zasługuje na absolutnie narkotyczną ekranizację. O takich słyszałem – miał być deprawujący projekt Mansona, miało być coś na kształt pięknej gry na PC, a tu nagle Johnny Depp i Helena Bonham Carter pakują się do Krainy Czarów i myśl ogarnia mnie taka, że znów będzie średnio. Typowo, czarująco nijak.

Przed seansem nie zastanawiałem się czy to będzie bajka i czy w ogóle mnie to zainteresuje. Wiedziałem, że ta historia jest bardzo wdzięczna do zobrazowania i miałem trochę przeczucia, że tym razem może się Burton spisać. Poza tym totalnie przyciągał mnie ten zajebisty, puchaty, uśmiechnięty kot z trailera. No i się stało – wersja 3D, z napisami (wersja z dubbingiem ponoć tragiczna – nie wątpię).

„Alicja w Krainie Czarów” zaczyna się źle – gagi, tanie komediowe chwyty, kino się śmieje a chuja się dzieje. Następnie Alicja wpada do dziury, efekty 3D zaczynają irytować a potem jest już coraz lepiej. Pojawiają się kolejne, znane wszystkim postacie, niektóre gorsze, niektóre lepsze ale wszystkie całkiem ciekawe. Oczywiście po seansie zaczęła się licytacja kogo kto bardziej denerwował, która postać bardziej drażniła ale mi ciężko jest wytypować. Johnny Depp w swojej mani przebierania się i ekranowego dziwactwa nie jest moim ulubieńcem – co więcej, unikam tego, ale w nowym Burtonie całkiem go polubiłem. Początkowo strasznie był ciężkostrawny ale z czasem zaczął mi się podobać i chyba daruje mu tym razem – był ok. Sporym typem „na nie” jest też Królowa Kier grana przez panią Bonham Carter i jej dałem tytuł nieznośnej postaci a priori, ale się pomyliłem. Jakoś mi nie przeszkadzała, co więcej, pasowała w tej roli, w tym filmie i w tym miejscu idealnie. Właściwie to najsłabsza i jednocześnie najbardziej irytująca była Biała Królowa poruszająca się jak obleniec.  Czadowe natomiast były zwierzęta, zwłaszcza te kotowate – znikający kocur to mój typ numer jeden. Podobało mi się w nim wszystko. Drugi kot, agresywny, śliniący się potwór z zębami niczym rekin wzbudził moją sympatię już od momentu pościgu, kiedy podrapał Alicję. Szalony, rzucający rzeczami królik miał w sobie coś miłego a Absolema – zjaraną gąsienice-mędrca chętnie zaprosiłbym na piwo. Podobała mi się też ta cała Kraina Czarów w swoich halucynogennych barwach nietypowej fauny i flory, i w swoich mrocznych odcieniach bagien, pustkowi, lasów, moczar i łąk. Baśniowe zamki, przestrzenie, pejzaże Burton zrealizował bardzo klasycznie ale i gustownie, miło się na to wszystko patrzyło. Wnętrza zamku złej królowej kojarzyły mi się nawet trochę z estetyką Dario Argento – a to wielka sprawa.

Myślałem, że „Alicja w Krainie Czarów” będzie mi się dłużyć ale podczas seansu nawet przez sekundę nie pomyślałem ile jeszcze do końca. Bardzo to wszystko zgrabnie zrobione, skrojone na miarę choć też zawierające słabsze momenty – choćby ta feralna scena tańca (przeskok konwencji był według mnie nietrafiony). Po seansie usłyszałem „jej, ale ja lubię bajki”. Ja chyba też. Nie zawsze, nie za często i na pewno nie każde ale dobra bajka nie jest zła. „Alicja w Krainie Czarów” to dobra bajka. Bez fajerwerków i cudów ale i bez wtopy. Tym razem to ja jestem po stronie Tima Burtona.