Massive Movie Attack (MMA) #3

Przed wami kolejne wydanie MMA, a w nim sporo idiotycznych produkcji przesiąkniętych nazistami, wilkołakami, zombie, amerykańską college-młodzieżą i innymi wykolejeńcami, a także sporą dawką bezlitosnego wpierdolu (w końcu nazwa cyklu zobowiązuje). Pomiędzy filmowymi popłuczynami ukryte są załugujące na uwagę perełki, także zapraszamy do lektury kolejnego odcinka tym razem w krwistej odsłonie.

Frontiers (2007) – debilizm; banda złodzieji trafia do neonazistów-kanibali. gdzieś w tle cały czas wątek polityczny, anty-prawicowy, kompletnie z dupy. po pierwszych 30 minutach doszło do decyzji oglądania tego na przewijaniu. mówiąc szczerze, nawet wtedy ten film był nudny. 0/3.

The Informant / Intrygant (2009) – tutaj tradycja nakazywałaby pisać całą reckę i porządnie Soderberga zjebać, choćby dla zasady ;) ale nie chce mi się. reżyser wraca w nowym filmie do sensacji, nakręconej bardzo klasycznie z całą wieśniacką kulturą centralnego USA. trochę niby zaciekawia ale ogólnie raczej słabe to wszystko. można olać.

American Warewolf in London / Amerykański Wilkołak w Londynie (1981) – na moją opinię z pewnością wpłyneły okoliczności i towarzystwo – przy piwie, chipsach i kacu pewnie ‚warewolf’ by zyskał. jednak sprawy wyglądały jak wyglądały i ostatecznie podobało mi się pierwsze 15 min, potem było już tylko gorzej. alabama twierdzi, że to klasyka horror-komedii; mi się nie podobało.
(tak twierdzę, dop. alabama)

Animal House / Menażeria (1978) – no, ekhm, trochę jak wyżej – alabama twierdzi, że to jakaś tam kolejna świetna klasyka, tym razem w stylu high school. jak dla mnie gówno z gagami i brakiem sensu ;)
(właśnie! klasyka komedii w stylu college, dop. alabama)

London (2005) – inaczej sobie ten film po opisach wyobrażałem ale okazał się nie tylko inny, ale i lepszy. jedna z tych opowieści o miłości, które kupuję w 100% (no, może w 95 bo końcówka ‚ni w dupe, ni w oko’). miłe zaskoczenie w postaci jessicki biel (okazuje się, że jest niezłą aktorką) + zajebisty epizod jasona stathama z iście angolsim monologiem w swoim apogeum. bardzo fajna rzecz.

Popiół i Diament (1958) – ja nie wiem, ja muszę jeszcze conajmniej raz to zobaczyć.

120daysodomy

Widziałem niewiele, ponieważ dojechałem się serialem w formie skondensowanej (Arrested Development jest specyficznie spoko – nietypowe i po wkręceniu się b. śmieszne) ale coś tam co nie zasługuje na pełną recenzję – jasne.

28 Days Later (2002) widziałem po raz wtóry i wciąż jest spoko ale dużo mniej niż za pierwszym razem kiedy ‚ten film o małpach’ pięknie mnie zaskoczył. Zombie nie są nieumarłe ale zakażone i jest fajnie nakręcony. Film jest dobry.

Eden Lake (2008) zobaczyłem, trochę przewijając z braku czasu. Żulowskie brytyjskie wieśniackie żul-dzieciaki znęcają się w lesie nad parą dorosłych. Niestety tłumacz się nie podpisał pod napisami, z którymi dane mi było oglądać film, bo chciałbym go pochwalić. Napisy były cudowne. Masa dodawanych przekleństw, szczególnie odmian słowa chuj, sprawiała mi sporo radości. Ogólnie to taki typowy-nietypowy (w sensie typowy, który chciał być nietypowym) film typu teksańskiej masakry. Odświeżę go jeszcze kiedyś pod wpływem alkoholu w towarzystwie ludzi.

Burtonowska Alicja w Krainie Czarów (2010) nie zawiodła. Wszystko było tak jak przewidziałem. Średnio. Z początku byłem w nim strasznie zatopiony ale z czasem się nudziłem i mizerniałem. Moim skromnym zdaniem najsłabszym ogniwem filmu był nadmiar Johna Deppa, który był wyjątkowo nijaki w swojej specjalności – dziwaczności. 3D było raczej słabe (okropne gdy rzeczy działy się szybko) i niezbyt potrzebne, a moja ulubiona scena tańca nikomu innemu się nie podobała.

Johnny Alabama

Legion (2010) – drillbit pokazywał trailer w teasertywnie i zapowiadało się na zupełnie niezobowiązujący film ze sporą dawką absurdu (sprawdźcie tu), wybuchów i nieustającego naparzania w sam raz na chill przy wódce. Wódka była, absurdu też było sporo, ale atak złowieszczych aniołów co chwilę przerywały męczące nieskładne rozmowy i inne wypełniacze. Esencja akcji została przedstawiona w trailerze i radzę na tym poprzestać, nawet w przypadku traktowaniu „Legionu” jako tła dla ŻGM.

Edge of Darkness (2010) – Mel Gibson powraca jako tatuś próbujący rozwikłać tajemnicę śmierci swojej córki i wprowadza oglądających w głęboki sen. Mel powinien uczyć się jak rozwiązywać sprawy dzieci od Liama Nelsona.

From Paris With Love / Pozdrowienia z Paryża (2010) – Miało być drugie „Taken”, a wyszła nonsensowna marna imitacja„Lethal Weapon”. Plus śmieszny na siłę John Travolta i plastikowa gra jego partnera. Nie pomogła nawet polska Kasia Smutniak, którą Bertu by…

Duck Season / Temporada de Patos / Sezon na Kaczki (2004) – meksykański film obsypany deszczem tamtejszych nagród i chwalony m.in. przez Alfonso Cuaróna i Gulliermo del Toro. Po części jest to efekt narodowej solidarności. Niemniej jednak jest to jedyny film w mojej części MMA, który jest warty uwagi. Czarno-biała produkcja ukazująca standardową niedzielę dwójki dzieciaków (konsola, cola, pizza), która zostaje zakłócona przez wizytę samotnej sąsiadki i niezdarnego dostawcy pizzy. Film jest mocno zainspirowany wczesną twórczością Jarmuscha, co przejawia się w formie, charakterystycznym poczuciu humoru, dialogach, konstrukcji fabuły czy też samej postaci dostawcy przypominającej Beniniego z „Down by Law”. ODRADZAM oglądanie „Sezonu na Kaczki” tym, którzy nie dostrzegają tego hipnotyzującego vibe’u i nie cieszą ich drobne szczegóły w rzekomo „nudnych” pierwszych krokach Jarmuscha takich jak „Stranger than Paradise” czy „Down by Law”. Nietypowe lanie coli, czadowanie po hash brownies i inne drobiazgi utwierdzają mnie w przekonaniu, że to był przyjemny film.

przybor