A Serious Man (2009)

Od jakichś dwóch lat bracia Coen odwalają kawał dobrej roboty po równie długim okresie wpadki.Poprzedniej ich „rzeczy” nie dało się pominąć, choćby z powodu kuriozalnego Brada Pitta wydurniającego się w trailerze. Tym razem obsada „zerowa” – aktorzy znani tylko trochę, minimalnie, dla większości pewnie wogóle. Tematyka też mało chwytliwa, na pierwszy rzut oka. Oskarowo bez podbojów świata choć gdzieś tam się przewinął wśród nominacji. Tak czy inaczej ja o najnowszych Coenach zapomniałem a jak już sobie przypomniałem to zobaczyłem trochę z obowiązku. I ten obowiązek wylał na mnie kubeł zimnej wody.

Zaczyna się dziwacznie, jest podróż w przeszłość z polskim akcentem i odpowiedni cytat, a w tym wszystkim, jak się potem okazuje, jest sens. Początkowo fabuła nie zaskakuje, wręcz rozczarowuje – amerykański żyd, jeden z milionów, żyje sobie spokojnie i biernie w kolektywie jemu podobnych i nagle życie zaczyna się sypać – w myśl zasady „nieszczęścia chodzą parami”. Jednak szybko okazuje się, że ta prosta i wyświechtana fabuła jest tylko pretekstem do filozoficznych rozważań, społeczno-politycznych niuansów i czadowych postaci. Bo Larry Gopnik (Michael Stuhlbarg) dostaje w kość od m.in. groteskowego żyda-sąsiada albo koreańskiego cwaniaka.

Wszystko podzielone jest na 3 rodziały, które pogrupowane są wobec wizyt u kolejnych rabinów. Im dalej w las tym się atmosfera zagęszcza, Larry upada coraz niżej, rabinowie stają się coraz bardziej dziwaczni i mniej w tym wszystkim odpowiedzi, i sensu. Mnożą się mini-epizody i Coenowie bawią się konwencją. Jednak nie chce się wierzyć, że to tylko zwykła historia – może ku pokrzepieniu serc, może mocno autobiograficzna, ale zwykła.

I wierzyć nie można. Historię „A Serious Man” trzeba uważnie obserwować, szukać podtekstów i bogatej symboliki. To tam jest. To jest siłą tego filmu. W internecie aż się gotuje od kolejnych prób interpretacji, analiz momentów i poszczególnych scen. Są też komentarze jakoby film był nudny, bez sensu i tragiczny – tymi jednak nie należy się przejmować.

„A Serious Man” to też kunszt stricte filmowy. Aktorsko znakomicie – Stuhlbarg nie mógłby chyba lepiej zagrać takiej roli. Do tego wyraziste postacie, dobre dialogi, zdjęcia i reżyseria z klasą. I mimo, że to ostatnie można u braci zakładać a priori to brak w tym filmie tego co zarzucam im przy okazji np. „O Brother Where Are Thou?” czy „Hudsucker Proxy” czyli przerysowania estetycznego scen i postaci. „A Serious Man” jest prosty wykonawczo ale głęboki i złożony fabularnie, i symbolicznie. Moja ocena zdaje się wygórowana ale nie mogę dać innej – z każdym dniem, każdą kolejna analizą ostatnie dzieło Coenów mnie coraz bardziej intryguje. Nudnawe chwile odchodzą w zapomnienie a ciekawe elementy układanki intrygują jeszcze bardziej. Zwłaszcza te naprawde znakomite jak otwarte w interpretacji zakończenie (ale ja to kocham) czy scena gdy rabin wymienia wymownie muzyków Jefferson Airplane (których muzyka nota bene upiększa cały film). Co prawda, żeby skumać tą scenę trzeba znać trochę historię wspomnianego zespołu ale co tam – każdy znajdzie może coś dla siebie. Warto zobaczyć, uważnie.