Up In The Air / W Chmurach (2009)

jason reitman zaistniał w świadomości ogółu, najpierw dzięki średniemu „thank you for smoking„, potem dzięki fajnemu „juno„. dwa lata poźniej wyłania się z epizodów telewizyjnych pełną gębą, zatrudniając do filmu george’a clooneya i trochę 3-ligowych gwiazd hollywood (może poza młodziutką anną kendrick, która ma jeszcze wszystko przed sobą). clooney dawno nie grał czarusia więc rolę zgarnął zapewne ochoczo – zwłaszcza, że pomysł niezły i na czasie a reitman zabiera się za nietuzinkowe scenariusze. wynik? względny sukces kinowy i konkursowy choć tego najważniejszego trofeum, oskara, nie otrzymał.

opinie na temat „up in the air” słyszałem różne – sumarycznie wychodziło na minus. z jednej strony pełno zachwycających się matek i córek, z drugiej – reitman robi właśnie takie filmy. takie które mogą podobać się bardzo różnym osobom i kobieta z klasy średniej, fanka komedii romantycznych, też może się bawić na każdym jego filmie. to w sumie niezła umiejętność, zwłaszcza z punktu widzenia hollywood.

jednak tym razem reitmanowi sie nie do końca udało. urok lekkości i pudru bez nadmiaru, którym mógł się poszczycić „juno” przy okazji „up in the air” gdzieś uleciał, został wyparty przez lukier i mdłą śmietanę. to pierwsze to skretyniałe sceny na modłę wspomnianych już komedii romantycznych. zwłaszcza początki relacji ryana i alex przypominają te oplecione napięciem seksualnym i luzackim podrywem stosunki znane z nowoczesnych seriali, pełne błazeńskich dialogów, nienaturalnych zachowań, i sztucznego stylu zalatanych rekinów biznesu. tutaj chciałem film wyłączyć, potem przewijać, ale poszedłem po herbatę i nabrałem sił na więcej.

kolejna część wiele nie zmienia. ciekawa praca ryana nie przynosi widzowi czadowych akcji, seksu i rozboju, nie przynosi egzystencjalnych rozważań lub zabawnych miniatur sytuacyjnych, nie przynosi wachlarza interesujących bohaterów, brak także smaczków estetycznych czy wizualnych, które podczas odwiedzenia 20 miast mogłyby urozmaicić smak filmu. nie. praca ryana przynosi widzowi romans. tak kurwa, zaskoczenie, co? gdzieś tam przewija sie jeszcze młoda nicole, która mogłaby doprawić romantyczną relację ryan-alex ale niestety. to ona jest główną przyczyną tego drugiego czyli mdłości. nie ważne kim ona tam jest, ważne, że jest wygadana. dużo mówi i zazwyczaj pierdoli o niczym albo wyrzuca z siebie zdania, które pretendują do wyższej wartości intelektualnej i mają tam wrzucić „up in the air” lecz niestety są groteskowe i żenujące.

na szczęście reitman ma asa w rękawie i nie pozwala swojemu filmowi ostatecznie zatracić się w miernocie gatunku komedii romantycznych. cały epizod umoralniający, wprowadzający jakieś katharsis i, zdawałoby się, wysuwający ostateczne przesłanie  kończy się zaskakująco źle (dla bohaterów, dla filmu dobrze). dalej nie idę żeby nie było spoilerowania ale ogólnie okazuje się, że życie nie jest takie proste i w ogóle fair. aktorsko clooney też daje radę w tej końcówce. mimo to nie wybaczam filmowi tego „początku” (jakieś 1,5 godziny) i surowo karzę batem całą podniebną ekipę. 1/3.