Shutter Island / Wyspa Tajemnic (2010)

Po czterech latach Martin Scorsese znów spotyka się z Leonardo DiCaprio. Tym razem by ekranizować bestselerową powieść w stylu thriller, czy nawet horror. Ostatnio takiego gatunku kosztował w 91 roku, reżyserując Cape Fear, ale między tymi dwoma filmami jest spora różnica.

Nie mogę zbyt wiele zdradzić na temat fabuły, bo to ciągle zaskakujący i solidny mindfuck (jakiś pomysł na spolszczenie?), ale jakieś wprowadzenie się należy. Film opowiada o młodym agencie federalnym, który prowadzi śledztwo w sprawie zniknięcia pacjentki zamkniętego szpitala psychiatrycznego dla niebezpiecznych psychopatów. Jakby tego było mało, szpital znajduje się na odizolowanej od świata wyspie, z której można wypłynąć tylko jednym promem. Szybko okazuje się, że główny bohater prowadzi jakąś prywatną sprawę i tu zaczynają się jaja, o których mówić nie wolno.

Wyważony jest świetnie. Napięcie, groza i towarzyszą nam praktycznie od początku do końca, a ciągłe zwroty akcji coraz bardziej komplikują estymację zakończenia. Pod koniec trudno mieć wyrobione zdanie na temat tego co tak naprawdę się tam dzieje. Pod względem wizualnym dostajemy królewską ucztę. Wszystkie lokacje, wnętrza i w ogóle cała wyspa są na wypasie, a sceny snów, wizji i retrospekcji są po prostu super. Wszystkie postacie są dobrze zarysowane, a i zagrane są fachowo. Choć na początku Leo nie do końca pasował mi do roli takiego bossa, to szybko się do niego przekonałem. Reszta aktorów też się spisuje, a Sir Ben Kingsley jak zwykle króluje. Dla fanów brzydoty jest tam też kilka perełek. Od losowych mord więźniów, po okrutną twarz odnalezionej pacjentki.

Film jest dobry. Nie jest wybitny, ale jest dość wyjątkowy. Jako szalony psycho-thriller zapewnia nam sto pro frajdy, więc ej weź to obejrz, ale nie mogę dać mu wyższej noty niż 2/3 z symbolicznym plusem. Dziś premiera, więc marsz do kina!

(2/3+)

2/3