The Book of Eli / Księga ocalenia (2010)

Właśnie z redakcyjnym kolegą przyborem zobaczyliśmy dwa filmy. Jeden był dobry, drugi był zły. Od razu ostrzegam: ta recenzja może być delikatnie faworyzująca.



Co prawda nie spodziewałem się po tym filmie wiele, ale po obejrzeniu trailera podejrzewałem, że może być zrobiony na wypasie. Chodzi mi o czadowe motywy, nawiązania i ogólny wybajerzony design, a takie obrazki jak ten powyżej, tylko podsycały mój apetyt.


Chwilę o nim poczytałem, więc zacznę od faktów i ciekawostek.

Bracia Hughes, którzy wyreżyserowali ten film, zaczynali od teledysków, między innymi dla Tupaca. Filmowo zadebiutowali Menace II Society, które mam zamiar obejrzeć od dłuższego czasu. Chuj z nimi. Scenarzysta Gary Whitta, przez wiele lat był naczelnym PC GAMERA, pisał odcinki Star Treka i Futuramy oraz ma rzekomo przenieść na ekrany coś na podstawie serii Diablo. Dodatkowo napisał scenariusz do Gears Of War (pozdR.) oraz (UWAGA) do gry widmo – Duke Nukem Forever. Nie dziwne więc, że film wygląda jakby był żywcem wyciągnięty ze świata gry komputerowej, a dokładniej mojej ulubionej gry – Fallout.

Stąd bierze się czysta przyjemność jaką czerpałem z pierwszych kilkunastu minut filmu, mimo przeciwności losu, które stawały mi na przeciw niczym głównemu bohaterowi. Po pierwsze, główną rolę gra Denzel ‚Czarny Nic Cage’ Washington czyli ten pedał z Filadelfii. Po drugie chodzi o jakąś świętą księgę. Tyle przeciwności było na wstępie, ale co dalej?

30 lat po wojnie atomowej, samotny podróżnik wędruje zabijając stojących mu na drodze rzezimieszków, słuchając wieczorami poda 3 generacji, ładując akumulator u Toma Waitsa, polując na zwierzynę za pomocą łuku, oraz codziennie czytając Biblię (Basic Instructions Before Leaving Earth) bo wierzy, że ma od Tego Typa Boga misję by przekazać ją światu. By ją chronić walczy nawet maczetą przeciwko grubasowi z piłą mechaniczną pod światło (b. ładna scena!). Czemu musi jej tak pilnować? Wszystko się okaże, a powodów jest sporo.

Wracając do drugiego zdania tej recenzji – to był ten drugi film. Z początku wyglądający pięknie i równie pięknie nawiązujący do mojego ulubionego tytułu, szybko się pierdoli. Gdy Denzel recytuje świętą księgę – ja rzygam, gdy Denzel jest smutny – ja rzygam, gdy Denzel opowiada, że ma misję – ja rzygam. Nie pomaga nawet Mila Kunis <3 (Meg z Family Guy) jako piękna królowa ani Gary Oldman jako zły pan, który chcę księgę dla siebie. W filmie niby dzieją się rzeczy, ale tak naprawdę nie dzieje się nic wartego uwagi. Pod koniec jak zwykle mamy zakończenie i jest ono troszkę zaskakujące. Niby czegoś w tym stylu spodziewamy się cały czas, ale zaskakuje mimo wszystko – absurdem.

Motywy czasem są, czadowe i zabawne. Postapokaliptyczny wygląd jest, przepalony i klimatyczny. Niestety to wszystko jest przytłoczone przez fakt, że film jest męczący do zrzygania. Stara się coś przekazać, w sensie jakieś wartości w stylu cuda niewidy. To jego najgorsza wada, bo robi to beznadziejnie i żałośnie. Powinien być filmem akcji i na tym koniec. Bez tego całego zbędnego pierdolenia. Był spory potencjał, ale został zaprzepaszczony. Teraz jestem ciekaw jak tam The Road, bo jeśli nie jest spoko, to nie wiem jak długo przyjdzie mi czekać na dobry film w postapokaliptycznym stylu.