Get Carter / Dopaść Cartera (1971)

Polański Romek dzięki swojemu filmowi „Ghostwriter” sprawił, że od jakiegoś czasu sięgam po stare, czasem kultowe filmy z serii thriller/sensacja/spisek z gęstą atmosferą, których dopuścili się choćby Sydney Pollack lub Sam Peckinpah. Wyborem jakby oczywistym, w tym wypadku, stał się film „Dopaść Cartera”, który wyreżyserowany, co prawda, przez mało znanego Mike’a Hodgesa, jest tytułem powszechnie szanowanym i należy do klasyki gatunku.

Aktorsko, jeśli chodzi o nazwiska, mało imponująco – poza Michaelem Cainem lista mówiąca niewiele. Ale może to i lepiej bo „Dopaść Cartera” to film jednego bohatera i jednego aktora. Tytułowy Carter grany przez Caine’a jest postacią skrojoną perfekcyjnie, wręcz nie można nie nazwać go TOTALNYM BOSSEM. Nie ma tutaj głupkowatego osiłka, przesadzonego komandosa „wyposażonego w zestaw umiejętności”, który pozwala zarówno polować na rekiny jak i poderwać angielską królową, brak też homoseksualnej aparycji pretensjonalnego lowelasa, który przytrafił się niekiedy postaci Bonda. Jest za to gangsterka z klasą, krawat, płaszcz i angielskie maniery wymieszane z wyrachowaniem, brakiem litości i absolutną precyzją. Nie ma tu miejsca na sentymenty, romantyczne bzdury, zaskakujące zwroty akcji czy wybuchy. Carter chce się zemścić i to robi, krok po kroku, nie biorąc jeńców. Cała prosta fabuła ubrana jest w klasyczną szkołę reżyserii z sugestywnymi scenami i ciekawymi kadrami. „Dopaść Cartera” to monolit stworzony ze składników, które sprawiają, że jest dokładnie tym czym ma być i czym chciałem żeby był – bardzo dobrym filmem sensacyjnym. Bez efekciarstwa i przełamywania granic, bez tandety i debilnych dialogów, za to ze świetnymi scenami i wielką rolą Michaela Caine’a. Klasyk.