The Road / Droga (2009)

Tak jak planowałem, zobaczyłem w końcu The Road. Kolejny po Księdze Ocalenia film o post-apokaliptycznej rzeczywistości wydany w ostatnich miesiącach. Na szczęście oba filmy łączą tylko wszechobecni kanibale.

Nakręcony na podstawie bestsellerowej powieści Cormaca McCarthy (No Country For Old Men) przez Johna Hillcoata (świetne Proposition) z Viggo Mortensenem w roli głównej oraz Charlize Theron, Robertem Duvallem i Guy’em Pearcem w rolach drugoplanowych. Dodatkowo za muzykę byli odpowiedzialni panowie Nick Cave i Warren Ellis. I co Ty na to?

Film opowiada historię ojca i syna, próbujących przetrwać w trudnych warunkach ukazanej rzeczywistości. Szybko dowiadujemy się, że współczesna cywilizacja jest zniszczona, a większość fauny i flory zniknęła z powierzchni ziemi. Choć świat pokazany w filmie wygląda jakby był w stanie nuklearnej zimy, to katastrofa, która doprowadziła do tego stanu nigdy nie jest nazwana ani opisana. Podobnie żadna postać w filmie nie ma imienia. Główni bohaterowie zwracają się do siebie w stylu ‚tato’ i ‚synu’, a żadna z reszty postaci nawet nie próbuje się przedstawić.

Po śmierci żony, z którą relacje pokazane są w retrospekcjach rozlokowanych przez cały film (długo głowiłem się jak zginęła), bohaterowie podróżują na południe w nadziei, że będzie tam cieplej. Po drodze spotykają ich różne rzeczy, bo przygodami tego nazwać nie można. Od napadu bandytów, przez willę pełną kanibali, aż po trzęsienie ziemi, wszystkie wydarzenia pokazują ludzką degrengoladę, czy nawet zezwierzęcenie. Pośród tego spierdolenia nasi bohaterowie starają się utrzymać jakiś stopień moralności, jednocześnie są gotowi zrobić praktycznie wszystko by przetrwać.





W przeciwieństwie do Księgi Ocalenia, w Drodze widzimy mniej epicki obraz wasteland’u. Nie mamy tu złomowisk samochodowych, które mogą służyć za pole bitwy między pojebanymi, kolorowymi gangami ubranymi w 7 rodzajów gazowych masek, ani westernowskich miasteczek w środku pustyni, którymi panują szaleni despoci. Nie ma tu ani krztyny czadu, spektakularnych walk, czy kozackich one-linerów. Mamy za to obraz ascetyczny i dużo bardziej realistyczny. Tło stanowią głównie lasy, wąskie drogi, opuszczone budynki, samochody i jaskinie. Brud i zniszczenie aż wychodzą z ekranu, a wyprane kolory potęgują efekt kompletnej beznadziei. W odbiorze pomaga muzyka, która bardzo dobrze współgra z filmem, a każda postać, mimo, że większość widzimy przez mniej niż kilka minut, zagrana jest świetnie. Omar z The Wire to dla każdego fana dodatkowy mini-smaczek.





Nie wiem jak jest w książkowym oryginale, ale prowadzenie historii w filmie mnie przekonuje. Na bohaterów nakładane są coraz to nowe przeciwności losu, napędzając fabułę scenami mocnymi i dającymi wiele do myślenia, a niektóre obrazy (w szczególności powtarzający się motyw samobójstwa) na długo zapadną w pamięci widza. Spotykałem się z opiniami, jakoby film był nudny. Jeśli ktoś tak sądzi to odsyłam go do wspomnianej Księgi Ocalenia czy innych Transformersów (czytaj – gówna), bo nie ma tu miejsca na polemikę.

backstage'owe zdjęcie aktorów grających ofiary kanibali



Twórcy zaserwowali nam kameralny film, w którym dzieją się rzeczy ciekawe i mocne. Podejmuje niebanalne i ważne tematy. Pokazuje ludzkie wynaturzenia, zło i skurwysyństwo, kontrastując je z moralnością, dobrocią dziecka i bezwarunkową miłością ojca. Szokuje i chwyta za serce. To wszystko w bardzo realistycznym, a jednocześnie post-apokaliptyczny wydaniu. Ej weź to obejrz. 3/3-


3/3!