Powrót / Vozvrashcheniye (2003)

Rosja to chyba jedyny taki kraj na świecie, który mnie realnie odraża. Z otchłani tej ohydy wyłaniają się dwie (może trzy) rzeczy, które w Rosji lubię i szanuję. Jedną z nich jest zdecydowanie kinematografia. Wystarczą nazwiska takie jak Nikita Michałkow czy Andrei Tarkowski żeby zmieść z powierzchni ziemi całe polskie kino. O ile klasyka kina rosyjskiego jest wybitna, o tyle nowoczesna Rosja nie zaproponowała do tej pory niczego co zapamiętałbym jako dobre. Aż do wczoraj.

Właściwie to nie do wczoraj tylko do 2003 roku kiedy to miejsce miała premiera filmu „Powrót”, debiutu reżyserskiego Andrieja Zwagincewa. Ten, wtedy 39-latek, stworzył film, który poważnie zamieszał na europejskich festiwalach ostatecznie dostając weneckiego Złotego Lwa. Warto w tym miejscu nadmienić o analogicznej historii w przypadku debiutu, wspomnianego już, Tarkowskiego. Tutaj zresztą, analogie się nie kończą. „Powrót” prawdopodobnie nie powstałby gdyby nie kino Tarkowskiego, a już na pewno nie w takie formie w jakiej się ukazał. Zwagincew jest zapatrzony w mistrza, przenosi całe cytaty z jego filmów do siebie, odnosi się do niego w pejzażach, wnętrzach i kadrach. To wszystko jest zresztą znakomite. Początek filmu częstuje nas ascetycznymi pomieszczeniami niczym ze „Stalkera” (którego w filmie wybitnie dużo), potem przechodzimy w kino drogi. Zwagincew pokazuje nam łąki, polany, lasy, piaski, plaże i niebo Obwodu Leningradzkiego w całej jego prostocie, przaśności i hipnotycznej monotonii. Poza sferą wizualną „Powrót” jest bardzo dobrze zrealizowany dźwiękowo, warto go oglądać głośno. Pulsacyjna, łagodna muzyka przeplata się z wszelkimi odgłosami natury, głównie deszczem, wiatrem i szumem wody a wszystko wzmaga atmosferę powracającego suspensu i tajemnicy.

To wszystko jest tłem dla fabuły choć ona staje się prawdziwą zagadką. Co tak naprawdę jest jej trzonem może odpowiedzieć tylko każdy sam w sobie. Po 12 latach ojciec wraca do swojej rodziny i zabiera dwóch synów na wycieczkę. Ta, z pozoru jasna wyprawa, kryje za sobą sekrety zarówno natury materialnej, psychologicznej jak i metafizycznej. Pojawia się hitchcockowski MacGuffin, który mnoży możliwości interpretacji choć może być też kompletnie nieważny. Trudno jednoznacznie powiedzieć o czym ten film jest ale płynie i wciąga zabierając widza w wir pytań bez odpowiedzi, zachowań bez wyjaśnienia i miejsc, których nikt nigdy nie odkryje.

„Powrót” nie byłby tak dobry gdyby nie trójka aktorów, która zostaje z nami sam na sam. Zwagincew kręci swoją historię tak jakby widz podglądał rodzinny trójkąt lub jakby był czwartym uczestnikiem wyprawy. Role grane są wyraziście i wydają się jednoznaczne choć to wszystko tylko uśpienie uwagi widza bo los pokazuje, że pozory mogą mylić. Młodzi aktorzy grający synów mieliby pewnie świetlaną kinową przyszłość gdyby nie fakt, że Władimir Garin grający starszego z braci, dzień przed premierą filmu utopił się w jeziorze niedaleko miejsca kręcenia „Powrotu”.