Until The Light Takes Us (2008/2009)

To będzie recenzja absolutnie nietypowa dla EWTO. Po pierwsze dotyczy dokumentu czyli formy, która tutaj chyba nie zawitała nigdy w wersji pełnej (chyba, nie chce mi się sprawdzać). Po drugie dokument dotyczy muzyki czy właściwie tzw. „sceny”, co czyni go kompletnie „elitarnym” – w tym sensie, że dokumenty o USA, wpierdalaniu fast foodów, historycznych bohaterach czy zachowaniu polarnych misiów są każdemu jakoś bliskie, dotyczą, powiedzmy, codziennego życia lub fascynacji przeciętnego człowieka. Natomiast dokument traktujący o Black Metalu jest większości obcy w takim samym stopniu jak dokument o teozofii czy specyfikacji piw we Wschodnim Londynie. A to nie koniec bo „Until The Light Takes Us” skupia się na black metalowej „drugiej fali” i historii tejże w Norwegii. Może ktoś powie „who cares?”, ale wystarczy trochę zasięgnąć informacji i…

Okazuje się, że historia norweskiego czarnego metalu jest bezprecedensowa. Oczywiście szukając w pamięci doszukuję się kilku naprawdę upiornych artystów, choćby renesansowych twórców muzyki klasycznej ale żadne miejsce na ziemi nie wygenerowało takiego kolektywu muzyczno-ideologicznego, którego ekstremum nie mieści się w głowie „normalnego” społeczeństwa a postawa wpływa na życie publiczne całego narodu.

Jest to też recenzja bardzo osobista – znów z kilku powodów. Po pierwsze opisuje rzeczy bardzo mi bliskie, których ideałów strzegę przed ignorancją ludzką od wielu lat; po drugie jest to pierwszy liczący się dokument, który zabiera się za historię śliską, owianą tajemnicą, niedopowiedzianą do końca nawet przez jej bohaterów, co czyni temat arcytrudnym a ryzyko porażki niewyobrażalnym.

I właściwie nie wiem co napisać dalej bo film i rozczarowuje, i nie. Z jednej strony bliska jest mi opinia, że „rewelacji nie ma ale to jedyne co na razie powstało” więc i tak czas się cieszyć. Z drugiej strony film jest na tyle „żaden”, że staje się tylko rarytasem uzupełniającym wiedzę fanatyków gatunku a w kwestii profesjonalizmu dokumentarnego pozostawia wiele do życzenia. Bądźmy szczerzy – ile uczestników, tyle wersji wydarzeń, tyle rodzajów podejścia, tyle stylów. Żeby zagłębić się w wydarzenia wczesnych lat 90-tych trzeba by pewnie usiąść z kilkunastoma muzykami, twarzą w twarz przy wódce i zadać parę kluczowych pytań n/t przywiązania Norwegii do black metalu, symboliki Szatana, idei ruchu antychrześcijańskiego, stosunku do zabójstw i wielu innych. Na wejściu należałoby wyselekcjonować debili, których tam nie brakuje i olać ich pierdolenie, bo poza faktem bycia świetnymi muzykami, w samej „scenie” są/byli tylko pionkami.

„Until The Light Takes Us” tego nie robi. Ukazuje za to norweski black metal jako mieszaninę szalonych ortodoksyjnych urwisów bez mózgu i dziecinnej, pretensjonalnej otoczki. Śledząc to wszystko od lat mogę bardzo wyraźnie powiedzieć, że TAK NIE JEST. Brak w filmie jakiegoś ideowego kręgosłupa – pojedyncze wypowiedzi muzyków stają się plamami idei, spowitymi kolorowymi firankami, mrocznym kuriozum i toną papierosów. Abbath, Fenriz i oczywiście Vikernes trzymają fason ale reszta to jakiś kosmiczny żart. Frost, który mógłby ze swoimi kreskami pod oczami i smutną miną grać w Tokyo Hotel, Daemonaz wyglądający jak Steven Seagal czy Hellhammer o mózgu strusia i rękach karabinu, wypowiadający swoje pseudo-poglądy, to raczej element drwiny z tej sceny niż oddanie pewnych jej wartości. Ze sceny, gdzie ginęli ludzie, płonęły kościoły, doszło do tortur i aresztowań, dochodzi do samookaleczania się, samobójstw i społecznej izolacji. Większość wywiadów z Kvarforthem (Shining) lub Ghaalem (Gorgoroth) ma większą wartość merytoryczną niż ten film, który niczym Super Express przedstawia w sposób sensacyjny ciekawą historyjkę kilku zabójstw.

Ale „Until…” ma też swoje plusy. Muzycznie wszystko fajnie pasuje, zarówno black metal jak i cała elektronika współgrają z mizantropijną, ale i ekstremalną, treścią obrazu. Sporo tego co tygrysy lubią najbardziej czyli płonących kościołów. No i Fenriz. Momentami kręcony jakby bezcelowo choć pewnie to milczenie sens posiada, momentami naprawdę czadowo. W związku z opuszczeniem więzienia przez Varga „Count Grishnackh” Vikernesa, wszyscy zwracali oczy właśnie ku jego roli w tym dokumencie i jest to właściwie jedyny moment gdzie można posłuchać dłuższej jego wypowiedzi. Niestety biorąc pod uwagę ilość mitów i legend związanych z nim, te kilkanaście minut zdaje się tylko przystawką ale i tak jest go całkiem sporo. I dobrze bo jako jeden z niewielu mówi ciekawie. Zresztą cały tytuł nieprzypadkowo wskazuje właśnie na jego „Hvis Lyset Tar Oss”. Gdzieś tam pojawia się Faust, który był kompletnie NIKIM ale zabił geja więc swoje miejsce w historii i dokumencie ma.

Mój ulubiony Harmony Korine też dorzuca swoje trzy grosze (ogólnie niszczy sam fakt jego partycypowania w tym projekcie) – odpierdala jakiś zwariowany stepowany performens, który ostatecznie zdaje się być bardziej przerażający niż anteny telewizyjne trzymane przez wymalowanych jak pandy muzyków. Jednak pada tam też jedno ważne zdanie z jego ust. „Black Metal jest najbardziej ekstremalną muzyką na świecie”. Jest, dlatego jej największą chorobą zdaje się być popularność wśród fanów „muzyki alternatywnej” czyli tzw. trend. Trend zabija wszystko co wartościowe. Nie oglądajcie „Until The Light Takes Us”. Oceny nie wystawiam.