Robin Hood (2010)

Kilka dni temu stwierdziłem jedno – jeśli nie zobaczę nowego Robin Hooda teraz, w kinie, to nie zobaczę go pewnie nigdy. A chciałem. Co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze byłem ciekaw o co w ogóle chodzi, po co ten film powstał i jaką historię przedstawia – bo sądząc po trailerze, ma się ona nijak do legendy mi znanej do tej pory. Po drugie stoi za tym Ridley Scott więc nie może to być aż tak złe na jakie wygląda. ORLY?

Scott ma ode mnie złoty medal do końca życia za pewne arcydzieło, które nakręcił wieki temu i nie wiem co by się musiało stać żebym przestał go szanować. W podejmowaniu wielkich historycznych tematów też radził sobie całkiem nieźle a i ostatnie lata pokazały, że forma wciąż mu dopisuje.

Jednak Robin Hood to tylko „momenty”, kilka dynamicznych ujęć, którymi popisał się Scott. Reszta dość jałowa.Russel Crowe pasuje do roli Robin Hooda niczym wąs do modelki – jego napakowana sylwetka topornie przemieszcza się po angielskich polanach i każe zadać sobie pytanie „jakim kurwa cudem taki ociężały byk miałby skakać z łukiem po drzewach?”. Swoją drogą, jeśli ktoś lubił legendę zbója, który jest mistrzem łuku i królem lasu, i wraz ze swoją dziwaczno-zabawną bandą okrada państwowych namiestników, to niech zapomni o niej w kontekście tego filmu. TO NIE JEST HISTORIA ROBIN HOODA. To jakiś mierny fabularnie prequel całej unikatowej historii z lasu Sherwood, który sprowadza film Ridley’a Scotta do słabizn pokroju „Króla Artura”. Zresztą wystarczy spojrzeć na plakat reklamujący film – owłosiony osiłek pędzi na koniu z młotkiem. wtf?

Ale… film nie irytuje. Płynie sobie, nie wciąga, nie zaskakuje, nie zaciekawia, nie zachwyca ale nie wkurwia. Jeśli więc chcecie czadowej legendy z lasu – zapomnijcie o tym filmie; jeśli chcecie kina nieprzeciętnego – zapomnijcie o tym filmie; jeśli chcecie niezobowiązującej rozrywki, która jest tak samo nijaka jak „do zaakceptowania” – Robin Hood jest dla was.

1/3