Valhalla Rising (2009)

Nicolas Winding Refn po 3 latach kinowego milczenia wrócił z ciekawym „Bronsonem”. W sumie film „do odnotowania”, gdzieś tam pojawił się na EWTO, choć mimo ciekawej formy i nieprzeciętnego stylu nie doczekał się recenzji pełnoprawnej. To był rok 2008. W 2009 zrobił jednak coś czego pominąć się nie da – w każdym razie ja nie mogę. VALHALLA RISING. Refn dał sobie spokój z nowożytną Anglią i zajął się czasami Wikingów. Premiera tegoż cuda odbyła się na festiwalu filmowym w Wenecji, co dodatkowo sprawia, że „Valhalla Rising” rokuje zajebiście – Wenecja, poza faktem, że to cholerna Wenecja, ma najciekawszy (?) obecnie festiwal w Europie (albo,przynajmniej, jest w czołówce).

Właściwie to wszystko zapowiada się dość złudnie. Bohaterem głównym jest wojownik, którego siła jest, co najmniej, nieprzecięta. Wojownik nie ma oka – może okaleczenie to, widoczne od pierwszego spojrzenia, ma podkreślić skill wojowniczy i katusze jakich doświadczył w barbarzyńskich walkach (blizna zawsze budzi respekt), a może chodzi o nawiązanie do nordyckiego mitu o oku Odyna. W każdym razie owy bohater, nazwany Jednookim, ucieka z niewoli i przebywa podróż ku swemu przeznaczeniu. Wszystko na tle wojen religijnych spowijających ówczesną Europę Północną. Poganie versus Chrześcijanie. Ale…

Wszystko to kojarzy się z naprawdę miernym kinem, zbanalizowanymi wojnami religijnymi, frazesami, nadmuchanymi scenami batalistycznymi i denną symboliką. Na szczęście Winding Refn nie dał się wpuścić w takie bajery, naoglądał się Herzoga i zrobił film, który zostanie wyłączony po 15 minutach przez fanów „Królestwa Niebieskiego” i sponiewiera nastolatków wychowanych na grach komputerowych, z ich bajkową i zdziecinniałą wersją Wikingów i Thora.

Valhalla Rising jest w zasadzie zupełnie pozbawiony dialogów. Głównie dlatego, że Jednooki to niemowa (czyżby?). Enigmatyczność  całej tej postaci, jaki i momentu otwierającego fabułę filmu jest wielkim plusem. Widzimy wyrwany fragment historii, która dzieje się wśród mglistych i chłodnych wzgórz Szkocji, z jakimś plemieniem, w jakieś sytuacji, w jakimś miejscu. To wszystko jest pominięte bo jest w zasadzie nieważne. Ważny jest kontekst religijny i górujący nad tym kontekstem Jednooki. Ten, odarty jest ze wszystkich nieważnych, ludzkich atrybutów, ulepiony jakby z gliny. Pozbawiony całego psychologicznego tła, lecz ludzki dzięki swojemu bliskiemu kontaktowi z chłopcem, który czyta jego myśli.

Minimalizm tego filmu zdecydowanie nie kończy się na dialogach. Krótkie zdania doprawiane są pojedynczymi frazami ambientowej muzyki lub drone’ującym pulsem, budującym ascetycznie napięcie. Puls ten roznosi się, wraz z dźwiękiem miażdżonych czaszek i wojujących toporów między onirycznymi krajobrazami wyspiarskich gór i wyżyn. Frazy gubią się gdzieś między odgłosami deszczu, wody uderzającej o brzeg i ludzkimi piszczelami gubiącymi się w błocie.

Kadry i specyfika ujęć w filmie Refna nie jest jednak niczym nowatorskim. Z każdą minutą filmu, z ekranu bije fascynacja, a przynajmniej naśladownictwo Herzoga. Oczywiście Refn nie jest nowym Herzogiem, a „Valhalla Rising” nie jest filmem na miarę wybitnego „Aguirre, Gniew Boży”, ale naśladownictwo to wychodzi całkiem sprawnie i robi z filmu to co zamierzone – minimalistyczną, oniryczną opowieść, nie tylko o wojowniku i jego przeznaczeniu ale o ówczesnej „północy”, wyprawach Wikingów i mistycyzmie.

W „Valhalla Rising” brak dobrych i złych. Brak kobiet. Na tle bezwzględnych, brutalnych postaci swoją podróż prowadzi Jednooki z chłopcem – symbolem niewinności i nieskazitelności . Podróż, w zasadzie do nikąd, w poszukiwaniu miejsc i wydarzeń, które dopełnią jego żywot, aby zwieńczyć swoje okrutne i niewolnicze życie s p o k o j e m V a l h a l l i. Bardzo proste, bardzo uniwersalne i bardzo brutalne – tak jak film. Film o Wikingach i północnych ziemiach, ale nie dla większości fanów fantasy, przaśnych komiksów i „epickich” wypraw. Nie, „Valhalla Rising” nie jest epicki, jest klaustrofobiczny i duszny, minimalistyczny i pulsujący, mantryczny i niepokojący. Jest doskonały.

3/3!