7 najbardziej absurdalnych filmów ostatniej dekady

Na wstępie odpowiedź na kilka nasuwających się od razu pytań. Po pierwsze – czemu siedem? Odpowiedź jest prosta: bo tak wyszło. Szukając w pamięci, przeglądając internetowe rankingi i dokonania „najlepszych” aktorów wziąłem na tapetę tylko te, które zasługują na specjalne względy i wzmożoną uwagę. Było ich siedem. Co ciekawe, pięć z owej siódemki zostało nakręconych w 2008 roku! Co za piękny czas dla amerykańskiego kina. Pytanie drugie – co tak właściwie kryje się za słowem „absurdalny”? Ridiculous. Absurdalny w sposób, który kopie między oczy połączeniem wielkiego potencjału, box-office’owych ambicji i śmiertelnej powagi bijącej z koncepcji filmu; z kuriozalnie słabym aktorstwem, groteskową realizacją, debilną fabułą czy zwyczajnie ogólnym, absurdalnym właśnie, obrazem filmu. Są to filmy, które posiadają M O M E N T Y. Chwile, które sprawiają, że dławisz się piwem albo nie możesz uwierzyć w to co widzisz. Momenty, które można oglądać do znudzenia na YouTube, z których robi się remixy i wariacje. M o m e n t y tak złe, że aż dobre. Piękne. Cudne. Klasyczne – już. Trzeba też pamiętać o tym, że filmy te zazwyczaj kreuje główna postać – rola pierwszoplanowa męska, choć są wyjątki. Postać ta kreowana jest zaś głównie przez mimikę i grę twarzą (tudzież, chce się napisać – japą). To nie są filmy zwyczajnie złe, marne produkcje nie do przebrnięcia, nijakie do szpiku kości, żadne i wzorcowo chujowe, niczym „Kobieta Kot” lub „Nagi Instynkt 2”. To filmy, w które się nie da uwierzyć – tak samo jak w ludzi, którzy oglądają to na poważnie. Choć i tu są wyjątki. Tak czy inaczej zapraszam na tytułową wielką siódemkę!

7. The Mist / Mgła (2007) – nie mylić z „The Fog”! Wygląda to tak: Ameryka, mgła, duża mgła, większa mgła. We mgle potwory nie-z-tej-ziemi. Panika, szał, przetrwanie plus wątki poboczne. Mogło coś z tego być. To mogło się udać. Mogło, ale bez Thomasa Jane’a (grającego główną rolę). Jeśli widzieliście pająka wielkości lamy, małpę z trojgiem oczu lub krwiożerczą syrenę-dziwkę, to macie szczęście poznać wiele pojebanych elementów życia doczesnego ale nie widzieliście wszystkiego – nie widzieliście końcówki „Mgły”. Thomas Jane udowadnia, że granica między śmiechem, płaczem a skowytem jest bardzo płynna. W zasadzie, robi to w taki sposób, że cały zwrot fabularny, który powinien widza wbić w fotel, ginie gdzieś między pytaniami „co ten typ wyprawia?”, „wtf?” lub „czy to żart?”. Nie, Thomas Jane w filmie „Mgła” to nie żart. To rzeczywistość, która widza dopierdala bardziej niż kosmiczne potwory wyłaniające się z mgły. Aaaaaaaa aaaa. Btw nakręcił to Darabont – LOL.

6. The Midnight Meat Train / Nocny Pociąg z Mięsem (2008) – film o metrze. Jeśli widzieliście węgierskich „Kontrolerów” spowitych dusznym metrem Budapesztu, to będzie wam łatwo sobie wyobrazić „Nocny Pociąg z Mięsem” – jest dokładnie po drugiej stronie kina i dobrego smaku. To oczywiście czyni go  c h u j o w o  d o b r y m. Film jest nakręcony naprawdę źle. Efekty są prze-słabe, wszystko co związane z estetyką gore nabiera w tutaj nowej formy kiczu. Aktorstwo do powalających nie należy – wystarczy wspomnieć Leslie Bibb, o której pisałem już przy okazji „Law Abiding Citizen” (Prawo Zemsty). O co w filmie chodzi? O coś naprawdę, naprawdę głupiego. W metrze brutalnie mordowani są ludzie, fotograf zaczyna coś podejrzewać a potem okazuje się, że wszystko przerasta jego najśmielsze oczekiwania. Bez spoilerowania powiem tylko, że końcówka jest poważnym ścierwem. Gdyby ten film szedł prosto na DVD – ok, ale to był przebój kinowy. Czemu? Pominąć nie można wersji z polskim lektorem, udostępnionym na pewnym serwisie. Warto.

5. Taken / Uprowadzona (2008) – Myślicie, że największymi kozakami kina akcji są Stallone, Dudikoff, Seagal czy inny Bruce Willis? W takim razie nie wiecie co potrafi Liam Neeson. Na co komu herosi wyglądający jak herosi, kozaki z bicepsem Endriu Gołoty, policjanci z kitą i shotgunem? Wyobraźcie sobie, że wasz nauczyciel historii lub wykładowca etyki potrafi gołymi rękami zabić cały pokój albańskich gangsterów, przechytrzyć francuski MSZ i roznieść w pył międzynarodowy handel ludźmi. Wyobraźcie sobie, że mówi z angielską elegancją i inteligenckim przedziałkiem: „I will find you… and I will kill you”. Wyobraźcie sobie, że właśnie to robi. Pamiętacie szarmanckiego Harrisona Forda, który musiał sobie poradzić z paryskim światem przestępczym we „Frantic”? Jebać go – Liam Neeson to Harrison Ford nowej generacji. Faster Harder Stronger. Bez kompromisów. Taken.

4. John  Rambo / Rambo (2008) – Rambo i Stallone są nieodłącznie kojarzeni z bardzo określoną estetyką. Ta estetyka 24/7 puszcza oko do widza. Nie inaczej jest w czwartej części przygód kultowego Rambo. Stallone zrobił film idealnie wyważony pod względem zabawy z kinem „na poważnie”, z nowoczesnym ale i nieprzesadzonym stylem kręcenia filmów akcji, a estetyką krwawej rzeźni, która świdruje ucho widza odgłosem latających nabojów. Pasuje to wszystko do siebie jak ręka do rękawiczki – jest spoko. Ale może być lepiej. I jest, bowiem John Rambo to Stallone, a Stallone to 177 cm absolutnie groteskowej aparycji ze swoim apogeum w postaci twarzy. Stallone, tutaj Rambo, podstarzały weteran wojenny wygląda jak ósmy cud szalonego świata i jakby tego było mało, jest właścicielem głosu tak głębokiego i niskiego, że mógłby kruszyć mury Kosowa i niemieckie autostrady. Takie m o m e n t y jak „Go home”, „War is In your blood” czy „Fuck the word” nie pozwalają zapomnieć, że ten film i ta rola to jeden wielki absurd.

3. Max Payne (2008) – Ten film na pierwszy rzut oka posiada wszystko co może uczynić go dobrym. Pierwowzór w postaci kultowej gry, przekomicznego aktora kreującego główną rolę i kilka uroczych dziewczyn z Olgą Kurylenko na czele. Olga się wdzięczy, rozbiera i seksapil aż wylewa się z ekranu ale Max Payne to film zwyczajnie zły. Bardzo zły. Nikt nie spodziewał się, że wypisze się on z niechlubnej statystyki słabych adaptacji gier ale nikt nie spodziewał się też, że aż tak nie wykorzysta potencjału wizualno-fabularnego pierwowzoru.  Może nie dorównuje adaptacjom Uwe Bolla ale i tak j e s t  w y s o k o. Mark Wahlberg gra bardzo słabo, aczkolwiek spodziewanie. Film nie trzyma się kupy, sceny są absurdalne, scenariusz chwiejny. Oczywiście kult filmu budują dialogi, wymawiane niskim, wypełnionym emocjami, mistycznym głosem. Pompatyczne brednie o aniołach, piekle i zemście. Brednie w stylu „[…] on od 6 lat otwiera drzwi kopniakiem” – hm? Chciałoby się powiedzieć: niezłe info. Max Payne to film zły, Mark Wahlberg czyni go tak złym, że aż dobrym. Chujowo dobrym.

2. The Happening / Zdarzenie (2008) – ok, do tej pory było miło. Były filmy absurdalnie złe z m-o-m-e-n-t-a-m-i. Ale to co prezentują miejsca 1. i 2. to jeden wielki MOMENT. Chwil nie-do-uwierzenia jest tam tak dużo, że zlewają się w 120 minutowy kult. Znów – dzięki aktorom pierwszoplanowym. Choć w przypadku „The Happening” mamy do czynienia z wyjątkiem. Główne role grają tutaj niezastąpiony Mark Wahlberg i wielkooka Zooey Deschanel. Obie role to kwintesencja aktorskiego gwałtu, przedszkolnej mimiki – źle wykonanej roboty, po prostu. Zdawałoby się – świetnie! Ale pojawia się pewien problem: bo skoro obie kreacje są tak znakomicie słabe i groteskowe to w chwili ich pojawienia się na ekranie symultanicznie, NA KOGO PATRZEĆ? Przydałoby się kręcenie tego filmu z dwóch różnych perspektyw – jeden z kamerą wpatrzoną w Wahlberga , drugi, skupiający się na Deschanel. Pięknie! Fabularnie „The Happening” jest głupkowate – wpisuje się w popularne politycznie tematy terroryzmu i ekologii. Robi to w sposób taki: w amerykańskim north-east dochodzi do masowych samobójstw. Najpierw winą obarczają terrorystów, potem okazuje się, że to samoobrona roślin działających w ostatecznej defensywie wobec ludzkiej ekspansji. Jednak potem się okazuje, że to może nie rośliny a coś jeszcze innego. Świadczą o tym dialogi w stylu ”- Może on coś odkrył, może wie czemu to się dzieje? – Co? Czemu tak twierdzisz? – Nie wiem.” No cóż. Widz cały czas jest niepewny tego o co właściwie chodzi – nic dziwnego bo to film Night Shyamalana. V i v a t  mr Night – tak złego poprowadzenia aktorów, tak żenującej fabuły i tak marnych dialogów to ja w hollywoodzkich thrillerach dawno nie widziałem. Mark Wahlberg rozmawiający z plastikową rośliną, sceny w slow-motion czy tłumaczenie się Markiego Marka starej babie, że nie chce jej udusić są moim personal favourite. Mark Wahlberg i Zooey Deschanel – kocham Was.

1. The Wickerman / Kult (2006) – polscy dystrybutorzy wiedzieli jak nazwać ten film. Kult – po prostu. Zaraz potem trzeba wspomnieć o jego ikonie – jedyny, niepowtarzalny, wielki N i c k  C a g e. W zasadzie w tym wątku mogłoby pojawić się kilka jego filmów ale ten jest szczególny. Świadczy o tym choćby mnogość YouTube’owskich wariacji na jego temat – tzn. nt roli Cage’a. Fabuła jest kompletnie nieważna  – ważne są sceny gdy Nicolas Cage wypełnia swoją piękną twarzą kadr i prowadzi monologi, krzyczy, wrzeszczy, kozaczy, bossuje. Wyobraźcie sobie najgorzej, najmniej naturalnie zagrany skok do wody, wyobraźcie sobie najgorzej zagrane, paniczne, wykrzyczane „how did it burn?!”, wyobraźcie sobie, że Nicolas Cage jest na wyspie pełnej kobiet i je bije, kopie w nie tak, że latają po pokoju, kradnie im rowery i na nich jeździ a na końcu krzyczy, krzyczy i coraz bardziej krzyczy. Mało? To powiem wam, że Nicolas Cage zwala z nóg jednym ciosem kobietę, będąc przebranym za niedźwiedzia. Tak – NIEDŹWIEDZIA. N i e w i a r y g o d n e. Nieprzypadkowo jest on numerem jeden na naszej liście. Absurd goni absurd. Kiedy już zobaczycie ten film, siądźcie na drugi dzień przed komputerem i delektujcie się scenami powtarzanymi na YouTube i uświadomcie sobie, że ten film naprawdę powstał, a Nick Cage naprawdę dostał za to pieniądze. Jak tu nie kochać Hollywood? Prosimy o więcej.