The Social Network (2010)

Kto nie zna Marka Zuckerberga? No cóż, jestem pewien, że moja matka – sam jej dzisiaj o tej postaci opowiadałem. O tej i o innych, o których opowieść „The Accidental Billionaires” traktuje. Poza nią i jej pokoleniem, Zuckerberga, choćby pośrednio lub bezimiennie zna większość. Dla obecnych dwudziestolatków jest już ikoną, symbolem wielkiego sukcesu ale i wielkiego intelektu. Najbardziej współczesną personifikacją powiedzenia „od zera do milionera”. Ciężko, co prawda, powiedzieć, że miejsce na Uniwersytecie Harvarda to w jakimś stopniu „zero” ale… no wiecie.

Fincher jest niezły. Dobry. Tak, trafia w sedno, wyłapuje niuanse, dba o detale. Czym był Zuckerberg na początku nauki na Harvardzie? Pryszczatym nerdem, zakompleksionym marzycielem i jednocześnie uroczo pyskatym, piekielnie zdolnym geniuszem. Co robił? Z jednej strony szlochał gdzieś na marginesie studenckiej społeczności, z drugiej – wygrywał życie stając się technologiczno-internetowym Bogiem, w tempie szybszym niż reszta jego kolegów zdołałaby wypić piwo.

I taki właśnie klimat kreuje Fincher. Dobór elementów – montaż, ujęcia, muzyka, aktorstwo – niby banalny i prosty, a jednak wręcz perfekcyjny. Realizacja pierwszych kilkunastu/kilkudziesięciu minut ukazuje wielkość reżysera, wskazując jednocześnie czym tworzy się dobre kino na modłę amerykańskiego obyczaju.

Zuckerberg (w tej roli Jesse Eisenberg) mówi – cały czas, szybko, bardzo logicznie, wręcz niezrozumiale dla przeciętnego widza lub kolegi. Wyrzuca z siebie potok słów, kolejnych zdań, układankę logiczną i wiązankę cyniczną. Chce się go słuchać i nie chce, męczy to wszystko i fascynuje. Dręczy egoizmem i narcyzmem, uwodzi inteligencją i wyluzowaniem. Wszystko pędzi do przodu, w końcu się zatrzymuje. Boom! Powstaje Facebook, jeszcze jako THE Facebook. Cała historia a m e r i c a n  d r e a m idzie gdzieś na drugi plan, a film dochodzi do swojego meritum. Bo co to byłby za film gdyby opisywał drogę geniusza z Harvardu na szczyt finansowy Ameryki? Nie. Tu chodzi o wszystko co podziało się potem. O to co stało się z Zuckerbergiem, z jego przyjaciółmi, wspólnikami, wrogami i sympatiami. Fincher wprowadza zaburzenia chronologii na 3 etapach. To sprawia, że film wciąga dalej kusząc sensacyjnym zacięciem i zagęszczającą się atmosferą w relacjach Zuckerberg vs reszta świata. Na szczęście reżyser nie stawia na dramatyzowanie ani na mrok duszy ludzkiej. Każdy level chronologiczny jest wysycony całkiem zmyślnie napisanymi dialogami ze sporą dawką humoru. Żarty, oczywiście, mniej lub bardziej udane, ale w zasadniczej części – przyjemne. Chwilami jest przezabawnie.

„The Social Network” co jakiś czas dorzuca do ognia konkretnymi nazwiskami, które niewątpliwie są atutem filmu. Zaciekawiają. Poza nieźle zagranym Eduardo Severinem (w tej roli Andrew Garfield), prze-amerykańskimi braćmi Wincklevoss (o których ciekawostka na naszym, tata tam, fejsbuku), drugim rodzynkiem filmu (i amerykańskiego świata młodych biznesmenów) jest Sean Parker. Ten właśnie buntownik w całkiem ładny sposób ujawnia przed widzem z kim ów ma do czynienia. Parker to jeden z obecnych udziałowców Facebook, ale przede wszystkim gówniarz, który przewrócił do góry nogami rynek muzyczny, wkurwił tego i owego, świetnie się przy tym bawiąc – Sean Parker to twórca Napstera. Postać w filmie dość enigmatyczna, tyleż urokliwa co negatywna. Gra go, przyzwoicie, Justin Timberlake.

Poza Parkerem swoje epizody mają np. książę Albert (grany przez Jamesa Shanklina) i mistrz szachów, niemiecki gej, miliarder z San Francisco i przede wszystkim, współwłaściciel PayPal – Peter Thiel (Wallace Langham).

Co ciekawe – historia Zuckerberga jest bardzo uboga w wątek miłosny. Pojawia się on w filmie, cały czas wisi nad fabułą, wplątuje się gdzieś między losy bohaterów i ostatecznie spina całość klamrą; jednak nie ma tu nic nachalnego. To wielki plus i wielka umiejętność Finchera.

„The Social Network” to historia bezbłędna, zarówno marketingowo jak i kinowo. Nie jest banalna a swoim rozmachem i autentycznością fascynuje. Mówiło się – to film o Facebooku. Nie. To film o Marku Zuckerbergu? Też. To przede wszystkim rozliczenie się z mitem i rzeczywistością amerykańskiej drogi na szczyt i konfrontacja z jego wielkimi przegranymi i przede wszystkim, z tymi co w tym wyścigu stanęli na podium. Za bazę posłużył ten, który na szyi dźwiga złoty medal. Ta historia tylko czekała na ekranizację. Należało tylko jej nie spieprzyć. Fincher udźwignął ciężar. Film lepszy niż się spodziewałem. Mniej trywialny, mniej pretensjonalny, mniej intrygancki, mniej spiskowy, zabawniejszy i bardziej wciągający. Kończąc nieco banalnie – Lubię to!

2/3