Henry – Portret seryjnego mordercy / Henry: Portrait of a Serial Killer (1986)

Entertainment Weekly zrobił listę 20 najstraszniejszych filmów wszechczasów. Lista nie była zaskoczeniem, grupowała same klasyki. Dziewiętnaście spośród wymienionej dwudziestki to filmy, które widziałem, w większości, po kilka razy. Listę zamykał jednak film, z którym mijałem się przez lata. Wiedziałem o nim i o jego sile oddziaływania, zabierałem się za niego, ale gdzieś uciekał mi w gąszczu innych propozycji. Lista EW przechyliła szalę, w końcu udało mi się – zobaczyłem „Henry: Portrait of a Serial Killer”.

Najpierw film intryguje swoim paradoksem, który łączy ze sobą subtelność i brutalność, prostolinijność i enigmatyczność. Poza krótkim dialogiem w pierwszych sekundach, początek płynie w diegetycznej prawie-ciszy, która uzupełniana jest plamami muzyki cudownie potęgującej niepokój. Co jakiś czas konfrontujemy się z dźwiękowymi retrospekcjami połączonymi z wizualnym przedstawieniem miejsca owych retrospektywnych wydarzeń, w czasie teraźniejszym. Mówiąc prosto, migawki przedstawiają zabite kobiety – w tle słychać odgłosy ich mordowania. Efekt jest piorunujący. Obraz i dźwięk konstruują razem przerażający schemat zbrodni ale pozostawiają miejsce wyobraźni, co czyni wszystko intrygująco realistycznym. Te pierwsze minuty przywołują na myśl filmową elitę – Spike’a Lee, Polańskiego, Altmana, Stone’a, Peckinpaha.
Napięcie gaśnie i poznajemy pozostałych bohaterów – współlokatora Henry’ego, Otisa, granego przez, jak zawsze wyśmienitego, Toma Towlesa (doskonale znanego z twórczości Roba Zombie) i jego siostrę Becky (Tracy Arnold). Trójkąt zaczyna nabierać barw, jego wnętrze wypełnia erotyczne napięcie, rodzinna patologia, miłość i nienawiść, wspomnienia, przyjaźń, nihilizm, zepsucie, piwo, mizoginizm, przestępstwo, seks, kazirodztwo, tajemnica, psychologia, agresja i bohaterstwo. Henry zostaje wciągnięty do świata Otisa i Becky a oni, w zupełnie różnym stopniu i znaczeniu, wciągnięci do świata Henry’ego.
Film Johna McNaughtona, początkowo relatywnie subtelny, z każdym kwadransem pokazuje widzowi nowe oblicza nihilizmu i obskurnej, ludzkiej natury. Z miejsca gdzie widz dopowiada sobie najmroczniejszą część poprzez wyobraźnię, przechodzi w miejsce gdzie realizm sięga zenitu. Najważniejszą chyba sceną filmu jest obraz napaści rodziny w ich własnym domu. McNaughton wykorzystując manewr kręcenia zbrodni kamerą przez samych przestępców, uzyskał efekt para-dokumentu. Bezkompromisowego i perwersyjnego. To jedna z najbardziej niepokojących scen jakie dane mi było zobaczyć od dawna.
Świat Henry’ego to miejsce gdzie pozytywne emocje nie istnieją, lub nie żyją zbyt długo. Torpedowane są bezpodstawną niechęcią do wszystkiego co żywe, brakiem zahamowań moralnych czy intuicyjnych, uzależnieniem od zbrodni. Michael Rooker stworzył jednak postać wzbudzającą litość, tyleż bezrefleksyjną i okrutną co zagubioną i skrzywdzoną. Jest ona pewnego rodzaju kontrapunktem dla odpychającego anty-uroku Otisa, człowieka dla którego deprawacji nie ma wytłumaczenia, rozgrzeszenia. Usytuowana między nimi Becky, molestowana anielica o blond włosach dopełnia psychologiczny trójkąt. Film kończy się sceną prostą lecz skonstruowaną, za pomocą dynamiki i dźwięku, znakomicie. Dopełnia dzieło. Film wielki, niepokojący, zostawiający ślad. Tak, to jest jeden z najstraszniejszych filmów w historii.

3/3!