Matka Teresa od Kotów (2010)

Film jest polski. Dobrze czy źle? Nie wiem. Tytuł jest… dziwny? Zachęcający? Ciekawy? O tym może później. Film zobaczyłem właściwie bez znajomości choćby rąbka fabuły jednak się sporo nasłuchałem. Że jest dobry. Że świetnie zagrany. Że ustawiony na pozycji ‚główna rola męska’ Mateusz Kościukiewicz to polski James Dean, czy coś w tym stylu. Że były nagrody i filmowe festiwale. Ok, ale o co właściwie chodzi z tymi kotami?



Całość zaczyna się jak Ultimatum Bourne’a, ciemny pokój, jednostka specjalna rozświetlająca korytarz światłem celowników i niespodziewająca się niczego Ewa Szykulska (w roli przyjaciółki tytułowej Teresy) – znana głównie dzięki temu, że jest wkurwiająca, przez swój chrypiący i zgrzytający, niczym kreda przyciskana do tablicy, głos. Zarysowuje się fabuła – dwaj chłopcy, młodszy i starszy brat, zostają aresztowani. Zbrodnia się dokonała, a o tym jak, i co ważniejsze, c z e m u do zbrodni doszło opowiada reszta filmu. Czyli, że fabuła biegnie wstecz. Odwrócona chronologia jest tutaj nie tylko atutem ale też zabiegiem absolutnie uprawnionym. To co odsłania się nam dzięki owej chronologii to, przede wszystkim, psychologiczny schemat postaci Artura (wspomnianego już Kościukiewicza) – starszego z aresztowanych braci.

Pierwszy kwadrans wprowadza do filmu raczej nieudanie. Gra aktorska każe powątpiewać co do słuszności zachwytów nad warsztatem. Momentami jest wręcz nie do zniesienia, a amatorka zadziwia. Zmienia się to z każdą następną chwilą i przez resztę filmu zdarza się, np. Kościukiewiczowi, zabłysnąć. Jego filmowy brat (grany przez Filipa Garbacza) kreuje postać wiarygodną, jednak dość irytującą. Co to jest za twarz? Choć w sumie – dość polska.

Dobrą robotę wykonała Ewa Skibińska, chyba najtragiczniejsza i najbardziej defensywna postać filmu. To ona jest tytułową Teresą – matką aresztowanych braci. Jej bohaterka to skondensowana w ludzkim ciele bezradność. To jej postać zawiera w sobie owy dziwaczny tytuł, który odwołując się do znanej zakonnicy z Kalkuty zręcznie współgra z fabułą w sposób bardzo (bardziej niż spodziewanie) dosłowny.

Jak widać – znów serwują nam polską patologię, tym razem przybraną w sensacyjny sos. Jak zwykle psychologicznie, choć ciekawiej niż zazwyczaj – jednak Haneke się nie spodziewajmy. Nie mogę napisać, że to wszystko była nakręcone zręcznie. Kilka dobrych momentów, kilka niejasnych i niepotrzebnych. Słabe dialogi. Momentami groteskowe, nienaturalne, nie przystające do charakteru filmu. To wszystko dość męczy, momentami nuży. Jednak film w ogólnym rozrachunku oceniam na niezły, przyzwoity z tendencją ku byciu dobrym.

Ok, ale o co chodzi z tymi kotami? To już sobie zobaczycie. -2/3

1/3-2/3