It Might Get Loud / Będzie Głośno (2008)

Po raz kolejny u nas pojawia się dokument muzyczny – jednak ten jest zdecydowanie bardziej watch-friendly. Muzycy, na których skupia się film to gwiazdy wielkiego, największego formatu, a sam dokument wyświetlany był w kinach całego świata. To miał być nie tylko projekt fascynatów dla fascynatów ale też hit. O tym choćby świadczy dobór gitarowego tria, a zwłaszcza jednej z jego postaci.

„It Might Get Loud” to dwugodzinna celebracja gitary, zwłaszcza elektrycznej, wyrażona przez trzypokoleniowy trójkąt unikatowych muzyków: Jacka White’a, The Edge i Jimmiego Page’a. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie ten zestaw od początku był nieco podejrzany. Nie mogłem doszukać się spójnika między nimi – może poza charakterystycznym stylem gry. Film zobaczyłem i zdania raczej nie zmieniłem. Wręcz zostałem w moich obawach utwierdzony.

The Edge. Po co? Rozumiem, brzmi dość charakterystycznie. Rozumiem, poszukiwał swojego brzmienia. Tyle, że na Boga, ilu jest gitarzystów którzy brzmią d o ś ć charakterystycznie i którzy poszukiwali brzmienia. Co więcej, nie znam gitarzysty czy fana gitary, który by powiedział: „The Edge to wielki gitarzysta, jeden z moich ulubionych”. No way. Doprawdy, wygląda jak piąte koło u wozu stając między guru rockowej gitary, a ekscentrycznym, zakochanym w 6 strunach młokosem. Jack White jest w prostej linii spuścizną po muzyce Led Zeppelin. To ten sam etos muzyki gitarowej, riffu i niekończących się solówek, analogowego brzmienia i brudu, wywodzące się z tradycji bluesa i rocka. Gdzie w tym wszystkim klarowne, statyczne kompozycje gitarzysty U2? Można oczywiście sobie to w pewien sposób wytłumaczyć, choć wydaje się to być chwytem marketingowym. Czy jest bardziej znany zespół rockowy będący obecnie wciąż na szczycie? Czy istnieje lepiej sprzedający się zespół? Nie można zrobić hitu kinowego na bazie, mimo wszystko niszowego poza światem anglosaskim, Jacka White’a i prawie siedemdziesięcioletniego Page’a, który jest jednym z najlepszych gitarzystów świata ale dla młodego pokolenia jest niczym Marilyn Monroe dla pokolenia obecnych 30-stolatków. Legenda, która ma już swoich następców.

Wszystko zaczyna się bardzo wymownie – White, gdzieś na amerykańskich peryferiach, buduje instrument z butelki i deski, wymawiając tekst: „Kto powiedział, że trzeba kupować gitarę?”. Poza oczywistym outsiderskim statusem Jacka, który utrzymuje się do końca dokumentu, scena ta ustawia koncepcję całego „It Might Get Loud”. To nie jest historia trzech muzyków. To historia bezwarunkowego oddania się, pozawerbalnego przekazu będących w kontrze do muzyki współczesnej, do realiów rozumienia muzyki popularnej przez dzisiejsze czasy.

Page, White i The Edge mają być trzema osobnymi historiami dążącymi do jednego punktu, tyle że ten ostatni skręca gdzieś w ślepy zaułek. Page – dostojny staruszek wyglądający niczym dyrygent, kiedyś otoczony aurą seksu, narkotyków i rock’n’rolla, mówi o swoich gitarach, mówi o inspiracji, o pisaniu, o pułapce muzycznego geniuszu. White – zagubiony, romantyczny i zatracony w swojej wizji muzyki jako formy przekazu i jedynego sposobu otwarcia się do ludzi. The Edge, który bredzi jakieś farmazony, opowiada o Dublinie i wojnie domowej ówczesnej Irlandii. O co chodzi? Ja tu nie widzę spójności, nie widzę sensu.

Davis Guggenheim kręci wszystko przyzwoicie, czasem nawet bardzo dobrze. Udało mu się też złapać kilka przeciekawych momentów. Mój zdecydowany faworyt to fragment gdy przed pozostałą dwójką staje Jimmy Page ze swoim Les Paulem i zaczyna grać Whole Lotta Love. Miny, zwłaszcza White’a – bezcenne. To coś w stylu: „chłopaki, fajnie, pograliście już sobie, macie tu też swoje miejsce, ale czas na uświadomienie was kto jest kto”. Page rządzi niepodzielnie.

Zresztą mimo całego magnetycznego ego Jacka White’a, to prostota i bezpretensjonalność Page’a jest kręgosłupem tego filmu. „It Might Get Loud” jest jakby skondensowane w jednym momencie – kiedy Jimmy puszcza swoje winyle. Ten, jeden z największych rockowych muzyków wszechczasów, gigant gitary, stoi w sweterku, a jego twarz marszczy się w szczerym uśmiechu przy ascetycznych akordach „Rumble” Link Wraya. Niczym ja, niczym mój ojciec, niczym moi koledzy. Jimmy Page, tak jak The Edge i tak jak Jack White to nie tylko wielcy gitarzyści, to przede wszystkim słuchacze i fani muzyki.

3/3!