Koniec Świata / Southland Tales (2006)

Po ogromnym sukcesie Donnie Darko, twórca filmu z psycho-królikiem nie spoczął na laurach. Pewnie niektórym się wydaje, że tak było, przynajmniej estetycznie; że odleciał w otchłań kina marnego lub dziwacznego – w sensie nieprzyswajalnym, niespójnym. Większość zresztą o Richardzie Kelly, bo o nim mowa, już później nie słyszała. Nic dziwnego, bo o ile Donnie Darko był produkcją nietypową, o tyle wpisywał się w schemat młodego Hollywood; natomiast to co Kelly zrobił później kwalifikuje się do szuflady „pojebane”; puszczając do widza oko, robi mu z mózgu budyń. Właściwie to ciężko nazwać to „puszczaniem oka” – to raczej markowany cios, po którym następuje bezpośredni kop w ryj, aplauz tanich dziwek przypadkowo znajdujących się w pobliżu i uczucie mokrej twarzy leżącej policzkiem w rynsztoku. S z o k. Choć ja, wbrew wszelkiej krytyce, uznaję to za cios otrzeźwiający, pełen sympatii i szczerych, dobrych intencji. Cios jakim jest „Southland Tales” przyjmuję niczym pokorny chrześcijanin i nadstawiam drugi policzek. Richard Kelly rozbraja Hollywood.

 

Na początek kilka faktów, bo nie są one bez znaczenia. Scenariusz do „Southland Tales” został napisany już w 2001 roku. Początkowo był on czarną komedią, która będąc autoparodią, naśmiewa się z Hollywood. Los chciał jednak, że niedługo po postawieniu przez Kelly’ego ostatnich liter scenariusza doszło do ataku na WTC. Cała afera z terroryzmem, ingerencją w życie codzienne amerykanów i Patriot Act na tyle zainteresowała reżysera, że postanowił zmiksować owy temat z napisanym już szkieletem scenariusza. Wyszła z tego mieszanka wybuchowa – absurdalna do granic możliwości parodia amerykańskiej kultury, wpisana w obywatelsko-paramilitarną rewolucję dotyczącą  praw człowieka, ingerencji państwa, monitoringu i całej masy politycznych postulatów snujących się wokół republikańskich rządów.

Brzmi to generalnie dobrze, zachęcająco. Film, co ciekawe, trafił na festiwal w Cannes, gdzie zadebiutował. Tutaj jednak nie poszło łatwo. Fala krytyki zmiażdżyła „Southland Tales”, większość recenzentów wylewała pomyje na Kelly’ego, a ci którzy dopatrywali się czegoś ciekawego w filmie i tak bali się odezwać. Ostatecznie doszło do tego, że następca Donnie Darko został nazwany najgorszym filmem w historii Cannes Festival. Imponujące. Pamiętać jednak należy, że wersja festiwalowa była pozbawiona chronologii, brak w niej było narratora i trwała o 20 minut więcej – czego właściwie nie mogę sobie wyobrazić. W tym kontekście film faktycznie wydaje się wyzwaniem.

Ostatnim z faktów jest sprawa personalna. Swoje palce w filmie maczali m.in.: Dwayne Johnson (czyli The Rock), Seann William Scott (niejaki Stifler z American Pie), Sarah Michelle Gellar, Mandy Moore, Kevin Smith, Justin Timberlake czy Moby.

No dobra, jak ja to widzę? Postrzegam to na sposób podobny jak sklepowe whiskey – nieco w tym głębi ale generalnie chodzi o alkohol (z a b a w a). Nie odmawiam „Southland Tales” poruszania ważnych kwestii (zresztą na sposób wyjątkowo fajnie apolityczny), jednak czar tego filmu polega na transgresyjnym wręcz igraniu z poczuciem zażenowania widza, z nabijania się ze wszystkiego po kolei – a z siebie, przede wszystkim.

Wszystko tonie w morzu kiczu, niskobudżetowej estetyce i wizualizacjach rodem z gier komputerowych. Podobnie postacie. Role nie są obsadzone przypadkowo. Sarah Michelle Gellar, po raz pierwszy chyba, staje na wysokości zadania. Pewnie dlatego, że zadanie ma nietrudne – zrobić z siebie porno idiotkę.

Jej postać, Krysta Now, definiuje siebie w ten sposób:

Krysta Now: Well, in my first six movies I was just „Krysta.” You know, but then in order to differentiate myself from the 76 other Krystas in the business, I added the „Now.”
Cyndi Pinziki: Wow.
Krysta Now: Well, it’s all about now, 2008, not next week, not tomorrow. If you wanna fuck me, you can fuck me… now.

Czyż to nie cudowne? Urocze. To zresztą wprowadzenie do całej gamy nazwisk i imion, które dodają filmowi Kelly’ego +10 do czadu. Mamy tu głównego bohatera o imieniu Boxer Santaros, gamę kobiet w stylu Starla Von Luft, Cyndi Pinziki, Linda Lao, Deena Storm czy Shoshana Cox; dodatkowo Dr Soberin Exx, Fortunio Balducci i oczywiście Krysta Now.

Krysta Now ukrywa Boxera Santarosa (no ja pierdole!) i później dzieje się multum rzeczy, których nie sposób zapamiętać, a one same się z siebie śmieją. Krysta ogólnie jest bardzo spoko – prowadzi show w TV, w którym porusza ważne tematy, m.in. seks, masturbacja, kamasutra, seks, polityka a seks, terroryzm a robienie laski, młodociany seks, pontyfikat JP II w kontekście seksu analnego czy nastolatki a seks z nimi. Zresztą te ostatnie są wybitnie bronione przez Kryste, która jest również gwiazdą pop. Powiem szczerze, że jej pierwszy singiel „Teen horniness is not a crime” („Nastoletnie napalenie nie jest zbrodnią”) zawładnął moim sercem.

Boxer Santaros jest wadą i zaletą „Southland Tales”. Z jednej strony jego przygłupawa, zapaśnicza twarz obdarzona białozębnym uśmiechem jest kwintesencją jego roli. Pasuje to wszystko idealnie do kwestii wypływających z jego ust. Jednocześnie jego nerwowy tik, pojawiający się w drugiej połowie filmu, zbytnio przechyla balans fabuły w stronę komedii i błazenady. Boxer Santaros jest autorem scenariusza, który jest jednocześnie scenariuszem filmu Richarda Kelly’ego, i stawia on owy scenariusz w iście groteskowym świetle. Autoironicznie wypunktowuje jego wady wskazując jednocześnie widzowi, że całe to kuriozum, ten festiwal debilizmów jest intencjonalny. Tak ma być. Wypunktowanie to jest jednocześnie spisem grzechów Hollywood czy w ogóle nowoczesnego kina mainstreamowego. Trafia w sedno.

Moim ulubionym grzechem, który przejawia się przez całe 140 minut filmu, jest absurd ostatecznych rozwiązań, z jednoczesnym wskazaniem oczywistości i absolutnej słuszności powyższych. Jeśli do załamania czasoprzestrzennego nie można wrzucić ludzi – wrzucić należy małpy. Jednak te nie mają szans przemieścić się w czasie bo, co oczywiste, dusza małpy tej podróży nie przeżyje. Pięknie głupie. Kiedy podczas próby ucieczki z USA nie da się wybrać gotówki z bankomatu, należy zaczepić samochodowy hak holowniczy o specjalnie przeznaczony do tego uchwyt w bankomacie, wyrwać go i ciągnąć 130 mil do meksykańskiej granicy. Proste.

Cała rozgrywka quasi-polityczna koncentruje się ostatecznie na futurystycznym perpetum mobile, którego losy wspaniale korespondują z ostatecznym wydźwiękiem filmu. Jest nim, UWAGA, mega-zeppelin, którego pierwszy lot zakończony ma być przez pocisk wystrzelony przez syryjską wyrzutnię rakiet ziemia-powietrze, obsługiwaną przez narkomana prawie-żołnierza stojącego na wznoszącej się do kosmosu furgonetce lodziarza, która tak naprawdę jest mobilnym składem futurystycznej broni palnej zaopatrującej neomarksistów. To właśnie południowokalifornijska wizja końca świata.

Trochę o tytule i jego polskim odpowiedniku. Ten drugi to oczywiście jakaś parodia rozumu i zdrowego rozsądku, choć ostatecznie jego wymowę można dopasować do interpretacji. Zdecydowanie jednak ciekawszy jest tytuł oryginalny. Southland to regionalna nazwa Południowej Kalifornii, w której cały absurd się rozgrywa. Tales to nawiązanie do romantycznej epickości, która jest podwaliną koncepcji filmowej dziecinady. Mnogość postaci, wymiar ich międzynarodowej wagi, kosmiczne naukowe koncepcje, wszechświat i pętle czasowe, koniec świata, wielka polityka, rewolucja, filozofia uzupełnione komiksowymi kreacjami, beznadziejnymi efektami specjalnymi, tanimi żartami i giga-tonami kiczu tworzą opowieść skończoną i pompatyczną. Tworzą obrazoburczą baśń gdzie zamiast królów pojawiają się krwiożerczy politycy, zamiast rycerzy – durnie z białym uśmiechem, zamiast księżniczek mamy gwiazdy porno, a zamiast smoków – penisy. Co jest zamkiem? Popkultura. I ten właśnie zamek podkopuje Richard Kelly.

 

3/3!