The Wild Hunt (2009)

Właściwie to nie chciałem o tym filmie pisać ale napiszę. Nie chciałem bo film mnie co chwilę przestrajał, bawił się ze mną konwencją – choć chyba (może) przypadkowo. Czemu i jak, będzie dalej. Tytułem wstępu: The Wild Hunt to pierwszy pełnometrażowy produkt Alexandra Franchi, choć wielką rolę odegrał w filmie, zarówno jako producent, aktor, scenarzysta i coś tam jeszcze, Mark A. Krupa. Produkcja kanadyjska. Wyróżnienia m.in. na znakomitych Slamdance FF i Toronto FF.

Cała historia brzmi co najmniej nieciekawie – banda frajerów bawi się w średniowieczne wojny, jednak gra wymyka się spod kontroli. Nuda. Wtórność. Do domu. Co poza tym? Główny bohater, Islandczyk wychowany w Kanadzie ma chorującego ojca żyjącego wspomnieniami z ukochanej wyspy, zafascynowanego jej rdzenną kulturą i mitologią. Ma też dziewczynę, całkiem uroczą, graną przez Tiio Horn. Swoją drogą Tiio Horn nie ma na imię Tiio (tak jak jest wymienione w napisach) tylko Kanehtiio  – bo jest Indianką. Ciekawe. W każdym razie ta dziewczyna jedzie ze zgrają dziwaków do lasu grać we wspomnianą grę i kontakt się z nią urywa. Chłopak oczywiście jest zaniepokojony więc jedzie jej szukać. I tutaj właściwie się zaczyna film.

Bohaterowie wraz z pojawieniem się w lesie przywdziewają średniowieczne stroje i zachowują się zgodnie z umownym decorum. Wszyscy poza głównym bohaterem, który ma na całą zabawę, mówiąc prosto, wyjebane. To zresztą powoduje u mnie owe rozstrojenie. Mimo, że w powietrzu czuć aurę niepokoju, kamera co chwilę łapie ujęcia lasów, chmur, starych chat, a muzyka kłębi w sobie pokłady grozy, to cała akcja zdaje się być kuriozalna. Gracze przedstawieni są jak banda czubków, groteskowych pasjonatów mieczy i kolczug, a brat głównego bohatera – Erika, znany i kochany wiking, to już w ogóle jakiś debil. Erik zresztą nabija się z owego decorum ile może.

Mimo całej lekkości dialogów i nieco prześmiewczej wizji owej gry, cały czas wyczekuje się zwrotu akcji, który zmieni wszystko w koszmar. Gdy już coś się zbliża, gdy już mamy wziąć wdech i przerazić się wraz z bohaterami, przeczucie okazuje się mylne, a cała sytuacja staje się błahostką. Albo grą. Jednak wie się, że coś się w końcu musi wydarzyć, czeka się czy będzie to tak banalne jak się myśli czy może jednak nie. Doczekałem się? Nie powiem.

Nakręcone to wszystko jest przyzwoicie, momentami niepotrzebnie, ale znośnie. Podobała mi się muzyka, wpleciona zresztą ładnie, w jednym momencie, w świat przedstawiony. Folkowo średniowieczne frazy gitary nadawały całości smaku i wyjątkowości.

Trochę tu skandynawskiej mitologii, trochę błazenady, doza niepokoju, sporo ciekawego klimatu. Ogląda się to wszystko dość przyjemnie, męki brak. Właściwie im dalej w las tym lepiej, a rozwiązania wydają się nieoczekiwane. Zwłaszcza pod koniec kiedy już czujność widza jest uśpiona. Poza wciąż grającą mi w głowie muzyką, film nie pozostawia śladu – ale tego nie uznaję za wadę. No, może pozostawia jedno przesłanie – nie igraj z Młotem Thora. Nie igraj, bo wpierdol.

-2/3