Mr Nobody (2009)

Mr. Nobody wkradł się do kin bez większej promocji. Osobiście widziałem 1 plakat! Polska premiera filmu była kilkakrotnie przekładana z nieznanych mi powodów, dzięki czemu film trafił do kin ponad 15 miesięcy po premierze światowej! Czemu wpadł do kin w okresie między świątecznym? „Narnia„ „Megamocny”„Tron” i „mr Nobody”. Kto wybierze, więc akurat tą pozycje? Na pewno fanki urody/talentu Jared’a Leto, pewnie koneserzy kina, nieamerykańskiego, przecież na ekranie widzimy także Dianę Kruger. Jakie było moje zdziwienie, kiedy to sala zapełniła się po brzegi, a widownie stanowili kulturalni ludzie niedłubiący popcornu/nachosów oferowanych przy wejściu.

Przejdźmy jednak do filmu, bo w kinie pewnie każdy kiedyś był i wie jak to wygląda.

Film trwa blisko dwie i pół godziny, co jak dla mnie oznacza zdecydowanie dużo i zazwyczaj wiercę się na takich produkcjach. Na plus muszę zapisać fakt, że na tym filmie nie wierciłem się i nie wynikało to wcale z braku miejsca na sali. Film zaczyna się ciekawie poznajemy młodego Nemo oraz bardzo starego Nemo. Pomyślałem sobie- może coś w kierunku Benjamina Buttona? Niestety nie, ale zapowiadało się ciekawie. Dowiadujemy się, że oto mamy końcówkę XXI wieku i ludzie już nie umierają ze starości. Ostatnią osobą, która umrze jest nasz główny bardzo już stary bohater. W tym miejscu muszę pochwalić charakteryzacje/grafików komputerowych, którzy postarali się dorzucić Jaredowi Leto dodatkowych 80 lat i efekt jest piorunujący.

Film jednak nie skupia się na ostatnich chwilach życia 119 letniego staruszka. Dzięki jego wspomnieniom przenosimy się o 110 lat, kiedy to, jako dziewięciolatek stanął przed traumatycznym wyborem: mama albo tata i tutaj zaczyna się film.

Reżyser i scenarzysta Jaco Van Domael miał naprawdę dobry pomysł na film. Przedstawić konsekwencje wyborów i ich nieodwracalny skutek. Może nie jest to przełomowy pomysł, ale uważam, ze sprawdzał się przez 2/3 seansu. Niestety mam wrażenie, że pogubiłem pogubił się w pewnym momencie, co do miejsca czasu i celu akcji w filmie. Początkowo historie przenikały się wzajemnie, a sugestia o istnieniu światów równoległych i o aniołach pozwalała orientować się w fabule. Później wszystko puściło i popłynęła rzeka niekontrolowanych przeze mnie pytań, odpowiedzi, pomysłów. Myślę, że tak już na godzinę przed końcem widz traci kontrolę nad tym, co rozumie, a czego nie rozumie. Pomysł opowiedzenia trzech alternatywnych przypadków podjętych decyzji obrasta w kolejne mini wątki. Napotykamy także inne zjawiska jak efekt motyla (nie mylić ze zniszczonym przez Kutchera filmem) czy też pytania o czas i co się z nim stanie, kiedy świat zacznie się kurczyć? Może i są to ważne pytania, ale mozna było temu poswięcic osobny film i nie mieszać ich tutaj. Zresztą jestem 100% za nakręceniem remake’u „Efektu Motyla” tym razem z aktorem, a nie gwiazdą MTV czy skąd tam się Aston wziął? Osobiście uważam, ze trochę za dużo tego szczególnie właśnie na koniec. Owszem towarzyszą temu piękne obrazy, ciekawy świat nietypowe ujęcia i na prawdę miło sie na to patrzy. Do tego aktorstwo w filmie stoi na wysokim poziomie więc widz mimo , że nie rozumie nadal ogląda mieszankę kolorów na ekranie. Niestety to, co początkowo widz myślał że rozumie, dostaje kilka dodatkowych żyć, a wtedy widz jednym okiem próbuje skupić się na rozsypanych historiach drugim okiem łapie napisy, które w tym filmie znajdują się gdzieś pod sufitem, a w głowie próbuje ponownie poukładać świat bohatera. Mnie się to nie udało, i może dobrze, bo na koniec dowiadujemy się, że tak naprawdę to mamy do wyboru trzy opcje. Wybór ‘TAK’ ‘NIE’ lub ‘BRAK WYBORU’ – ehh…