Tron: Dziedzictwo / Tron: Legacy (2010)

Tron miał być nadzieją. Miał być nową jakością. Miał być tym czym Avatar nie był – filmem gdzie kunszt kina s-f z kategorii mainstream łączy się z nowoczesną technologią. Miał być czymś więcej niż popisówą. Czymś więcej niż tylko fajerwerkami, które oświetlając niebo nasuwają pytanie „po co?” – bo sylwester był tydzień temu. Miał być czymś więcej. Nie był.

Niestety piszę to z perspektywy tygodnia, więc nie jestem na świeżo. Zaraz po seansie miałem w sobie coś co kazało mi wypić dużo alkoholu i stwierdzić samemu przed sobą, że ten wieczór jeszcze nie jest stracony. Jednak z perspektywy czasu zdecydowałem się coś o „Tronie” napisać, mimo iż w mojej pamięci przywołuje tylko kilka scen zagubionych w gąszczu fluorescencyjnych pasków.

Od razu piszę, że widziałem to wszystko w 3D IMAX więc nie powinno być żadnej ściemy a propos tego całego wow-ja pierdole-3D. Seans zaczął się informacją, że niektóre sceny nie są w 3D i to wszystko jest zamierzeniem autorów. Więc generalnie zamierzeniem autorów jest zrobienie mnie w chuja, jako, że cały ten trójwymiarowy efekt był, używając eufemizmu, skąpy.

Sam film od pierwszych sekund grzeszy. Jest to grzech pierworodny kina 3D, które wpisane ma (jak na razie) w swoją definicję, że kierowane jest do ludzi bez wyobraźni. Jeff Bridges pokazuje się jako młodziak – komputerowo wygładzony i wycackany. Fajnie, tyle tylko, że mimika twarzy stała się przez to tak sztuczna, że wszystko wyglądało tanio. Ja rozumiem, że w dobie tabletów i Kinecta możliwe są cuda, i rynek filmowy wykorzystuje technologię NASA żeby widz czasami nie musiał zawracać sobie głowy teatralną „umownością” i „konwencją”, ale skoro już chcą szlifować twarze komputerowo to niech to wszystko jakoś wygląda. Bo jak na razie to wygląda tak, że postacie z Toy Story stają się bardziej wiarygodne mimicznie niż Jeff Bridges.

Ok, w każdym razie Briges jako Kevin Flynn wprowadza widza w historię „Trona”, znika i zaczyna się dramat jego syna, który mimo bycia potentatem branży IT jest równym chłopakiem i łobuzem. Szkoda tylko, że wygląda jakby grał w polskiej reprezentacji piłkarskiej. Serio, przez chwilę myślałem, że to Tomasz Kuszczak. A to Garret Hedlund. Hedlund czyli młody Flynn dostaje się do świata „Trona” i zaczyna się cała zabawa.

Widz czeka aż cybernetyczny świat olśni go, a bohaterowie gry będą mamić wszystkich swoimi cudacznymi strojami. Jednak nie. Futurystyczne pierdolnięcie jest znikome. Przejawia się gdzieniegdzie tworząc kosmiczne plamy na nudnym świecie „Trona”. Właściwie to na myśl przychodzi mi tylko stylowa kryjówka Kevina Flynna i bitwa na dyskotece. Tutaj sobie po raz pierwszy (i ostatni) zdałem sprawę, że muzyka jest autorstwa Daft Punk. Dali chłopcy radę, choć cudów nie było – muzyka niezła. Co do samej bójki – pojawia się tam postać, która mogła być wielkim atutem filmu, potencjałem roznosiła wszystkie inne – Castor. Jednak stała się tak irytująca, że mi osobiście, pluła w twarz. No ja się pytam, co to jest za uśmiech? Doprawdy nie zdawałem sobie sprawy, że ten aktor ma tak debilną fizjonomię. Michael Sheen, bo o nim mowa, we Frost/Nixon wypadał znakomicie, natomiast poprzez „Tron” wytworzył w moim umyślę piętno na kształt pedofilskiego gwałtu. Zły dotyk boli przez całe życie – ja chyba do końca będę widział w nim tego Castora.

Ubolewam, że zagrał tutaj mój ulubieniec Jeff Bridges, choć może bez niego film byłby kompletnie nie do zaakceptowania. Ewidentnym plusem były nawiązania postaci Bridgesa do Big Lebowski. Wypowiedzi w stylu „Look at this, maaaan” przyklejały mi uśmiech na twarz, przypominając jednak, że lepszym wyborem byłoby zobaczenie po raz czterdziesty komedii braci Coen. Jednak znajdowałem się przed wielkim ekranem, na seansie za 22 zł i stwierdziłem, że wyczekam do końca. W sumie nie wiem po co. Koniec był daremny. Tak jak mówię – w ostatnich minutach zastanawiałem się już gdzie kupię piwo, czy pada jeszcze śnieg, gdzie jest najbliższy bankomat. Napisałbym coś o Olivii Wilde ale też jakoś nie skradła mi serca. Nawet lateksowe kostiumy nie pomogły. Nie było czadu. Słabo, bez porywu, nudno. To wszystko było po prostu głupie.

1/3