Gerry (2002)

IMDB głosi, że w filmie Gerrya friendship between two twenty-something men is tested to its very limits when they go on a hike in a desert and forget to bring any water or food with them„. Czyli, że jest to o parze idiotów. Jednak sprawa ma się nieco inaczej, a fabuła właściwie nie ma zbytniego znaczenia. Prawdziwym sednem sprawy jest forma, która testuje widza od pierwszej do ostatniej sekundy.

Background personalny film ma znakomity. Aktorzy: Casey Affleck, Matt Damon, reżyseria: Gus Van Sant, scenariusz: Gus Van Sant, Matt Damon, Ben Affleck. Brzmi to wszystko naprawdę dobrze. Zwłaszcza, że trio Van Sant-Damon-Affleck dało już swój popis przy Buntowniku z Wyboru (aka Good Will Hunting) i była to uczta. Wisienką na torcie, do zestawu, dodany jest brat Bena Afflecka – czyli lepiej być nie mogło, bo tego młodziaka darzę nie tylko szacunkiem ale i sympatią.

Najbardziej kontrowersyjny w ekipie jest, standardowo już, Van Sant, który niejednemu już biedakowi zafundował rzyganie, zaśnięcie o 15.20 albo irytację. Tym więc, którzy do filmów Gusa podchodzili i dali sobie spokój, lojalnie mówię: spokój się wam należy. Gerrego nie oglądajcie. Chyba, że lubicie oglądać filmy po narkotykach, to możecie spróbować. Zakładam, że ten film może się do tego nadawać.

O co chodzi? Generalnie o ascezę. Wizualną, fabularną, dźwiękową, interpersonalną. W „credits” wymienieni są dwaj aktorzy, wspomniani już Affleck i Damon. Poza nimi na ekranie pojawia się jeszcze ok. 5 osób, pogrupowanych w dwie rodziny, widziane na początku i na końcu filmu w kilkunastosekundowych ujęciach. Poza Gerrym i Gerrym (bo obaj bohaterowie takie mają imię) obraz filmu stanowią góry, kamienie, piasek, chmury, niebo, pustynna flora i reszta Landschaftu amerykańskiego Death Valley, gdzie chłopaki się zgubiły. Całość trwa ok. 100 minut i złożona jest ze 100 ujęć. Nie wiem ile padło podczas filmu słów ale podejrzewam, że też coś koło tego. Pierwsze 5 minut to auto sunące po szosie na tle suchych krajobrazów południowej Kalifornii i kilku fraz fortepianowej melodii. Już tutaj się wie, że jeśli jest środek nocy albo jesteśmy zmęczeni, to film trzeba przełączyć, bo nie ma żadnych szans na dotrwanie do końca.

Ok, auto staje i bohaterowie idą przez kolejne kilka minut. Przez następne kilka minut goście, uwaga, biegną. Nagle widzimy chmury mozolnie spowijające skaliste szczyty, idziemy zrobić sobie herbatę, wracamy, a chmury dalej spowijają te same szczyty. Właściwie tak wygląda całe 100 minut. Mimo, że opisuję to z dozą sarkazmu, to wszystko jest wielkim atutem obrazu Van Santa. To jego najbardziej bezkompromisowy wizualnie film. Może być męczący ale w zupełnie innych okolicznościach staje się fascynujący. Film, którego przetrwanie zdaje się aspirować do doświadczenia fizycznego bólu, którego jednak, w pewien masochistyczny sposób, chce się doznawać więcej. To też kino wielofunkcyjne. Poza niewątpliwymi doznaniami wizualnymi, podczas „Gerry’ego” można dyskutować na tematy różne, można też sprzątać pokój albo pić wódkę. Spokojnie, fabuła nam nie ucieknie, natomiast można traktować to wszystko jako ruchomą pocztówkę ujętą w dobry kadr. Wytrwałym polecam oczywiście pełną kontemplację nad całym filmem i próbę zagłębienia się w mantryczny i niesamowity obraz 8 tyś. kilometrów kwadratowych piasku i kamieni, zahipnotyzowanie obrazem i towarzyszenie bohaterom w ich podróży ku niechybnej śmierci.

Przybor uważa, że każdy film Van Santa albo traktuje o gejach albo o tematykę homoseksualną przynajmniej zahacza. Wobec tej teorii dopatrywałem się w „Gerrym” znamion około-seksualnego dyskursu, jednak żadnych konkretów się nie dopatrzyłem. Oczywiście poza faktem, że kwestia dwóch mężczyzn podróżujących sam na sam, bez ustalonego wcześniej heteroseksualnego kontekstu, zawsze zdaje się wątpliwa. Whatever.

Pewnie znów dostanę zjebkę, jak w przypadku Valhalla Rising, za chwalenie filmu nudnego i nieprzyswajalnego ale trudno. Tak już trochę mam, że cenię pozornie nudne i statyczne koncepcje, których atutem jest wyciszenie i spokój. Poza tym, nie zawsze nudne znaczy złe – jeśli powtarzalność i długość w ostatecznym rozrachunku budują wydźwięk filmu to nawet te najdłuższe i najnudniejsze pejzaże stają się wymowne i potrzebne. Filmy trzeba oglądać do końca bo kino to całość. Ile razy mieliście tak, że film z pozoru przeciętny stawał się wraz z ostatnią sekundą świetny? Że jakość filmu budowała spójna całość wraz z końcówką, która usprawiedliwiała wyczerpująco dłużyzny i nudę? Ja miałem wiele razy. W przypadku „Gerry’ego” niekoniecznie, ale tutaj też monolit zdaje się większy niż suma składowych. Niech będzie, że 2/3 z plusem.

3/3!