Czarny Łabędź / Black Swan (2010)

W końcu się doczekaliśmy. W 2008 Aronofsky wrócił do łask moich za pomocą jednego z najlepszych filmów ostatnich lat – „Zapaśnika”, a już dwa lata później, czyli w roku minionym, kusił widzów i krytyków przystawkami dumnie przedstawiającymi nowy film. Właściwie to już samo oczekiwanie na „Black Swan” było emocjonujące – świetne recenzje, zachwyty publiczności festiwalowych, medialna rywalizacja na planie między Kunis i Portman, no i trailery, które zwiastowały film wciągający i mroczny, klasycznie tajemniczy i tematycznie świeży.

Jeśli ktoś nie ma pojęcia o co w ogóle chodzi w fabule, to w telegraficznym skrócie: Nina (Natalie Portman) jest tancerką baletu klasycznego i bardzo chce zagrać królową łabędzi; gdzieś obok pojawia się tajemnicza Lily (Mila Kunis), która w życiu Niny nieco zamiesza, plus szycha baletu – Leroy (Vincent Cassel). To wszystko doprawione psychologią, psychiatrią, erotyzmem.

Film jest nakręcony po mistrzowsku. Wszystko dzieje się właściwie w dwóch miejscach – na sali baletowej i w domu Niny, i między trójką bohaterów, o których wspomniałem wcześniej. „Black Swan” jest pełen tańca, co więcej – baletu, i choć zdaje się to podejrzane, ogląda się to nie tylko bez zanudzenia ale i z zainteresowaniem. Aronofsky zabawił się muzyką i światłem w ten sposób, że nawet najprostszy ruch nogi buduje napięcie. Klimat wszechobecnej rywalizacji zdaje się wypływać z ekranu, choć raczej przeciętny widz nie będzie utożsamiał się z główną bohaterką. Nina to taka sztywna perfekcjonistka, zupełnie bez ognia, która pasję zastąpiła wyuczonymi odruchami. Chciałoby się powiedzieć, że należy się jej ostre rżnięcie, a może obudzi się w niej demon. Demon, który siedzi w Lily czyli baletnicy z San Francisco granej przez Milę Kunis. Relacja Nina-Lily, dzięki grze Natalie Portman, jest nie tylko miksturą psychologiczną ale definicją zwrotu „urok osobisty”. Bo jak blado wypada Nina, owszem, ozdobiona w hipnotyzująco ładną twarz Portman, ale z obycia sucha i skryta; przy Lily, której uśmiech i duże oczy przyciągają i intrygują.

Nina nie ma uroku, chyba, że ktoś lubi przyszłe zakonnice lub dziewczyny z tzw. „przejściami”. Trochę pieprzu chce jej dodać Thomas Leroy, którego autorzy skroili całkiem nieźle – do końca nie wiadomo czy to zwykła szuja czy geniusz.

Oczywiście „Black Swan” to nie jest zwykła opowieść o chorobliwej ambicji i zazdrości w świecie baletu – bądźmy szczerzy, z takiej fabuły nawet Fellini nie wycisnąłby odpowiednio gęstego miąższu. Film Aronofsky’ego posiada znamiona horroru – wypełniony jest przywidzeniami, dziwnymi projekcjami gdzie rzeczywistość miesza się ze snem. I te projekcje mogą ranić. Spoko, mogę patrzeć na wszystko, ale paznokcie i zęby to moją pięta Achillesowa, a „Black Swan” jakby na złość mi, prezentuje liczne sceny uszkadzania tych pierwszych, zacinania się i innych świństw, od których nawet podczas pisania tego tekstu, mam ciarki.

Zagrane świetnie, nakręcone jeszcze lepiej. Natalie Portman + Mila Kunis, mniam. Mimo tego wszystkiego, zaskakuje mnie samego, że do filmu nie jestem ostatecznie przekonany. Oczywiście, to powinno się zobaczyć. Oczywiście, „Aronofsky” się nie spalił. Oczywiście, to jeden z lepszych filmów 2010 roku. Ale, hm, nie zmiażdżyło mnie, nie wbiło w fotel. Może to kwestia okoliczności, może te cholerne łamane paznokcie. Oceny nie wystawiam bo jakoś czuję, że to jest lepsze niż mi się wydaje. Może sobie odświeżę za jakiś czas i opinię zweryfikuję. Kończąc pełen wątpliwości, polecam jednocześnie „Black Swan”, bo to dobre i interesujące kino.