Jak zostać królem / the King’s speech 2010

Film był nominowany w siedmiu kategoriach do Złotych Globów – zdobył jeden (1!) Film jest nominowany w dwunastu kategoriach do Oscarów – ile zdobędzie (?). Z tego miejsca wiadomo, że o filmie po gali rozdania złotych statuetek będzie głośno. Będzie wielkim wygranym, wygranym, lub looserem. Chociażby z tej prostej przyczyny każdy kto twierdzi, że interesuje się kinem powinien wybrać się na tą komedie, dramat historyczny pod jak zwykle pomysłowo przetłumaczonym na język polski tytułem „Jak zostać królem”.

Muszę rozpocząć od przytoczenia tytułu oryginalnego „the King’s speech” dzięki któremu wiemy więcej na temat fabuły i nie błądzimy już w kierunku podręcznika dla książąt. Akcja filmu ma miejsce w Wielkiej Brytanii tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej która, my wiemy, że nastąpi  – bohaterowie filmu maja nadzieje, że nie. Poznajemy historie młodszego syna panującego na wyspach Króla Jerzego V. W roli Alberta Colin Firth którego postać przez najbliższych nazywana jest „Bertie”. Postać  skromna, odpowiedzialna, nieco flegmatyczna ukrywająca ogromny kompleks. Książe nie potrafi się płynnie wysławiać, co wystawia go na drwinę zarówno ze strony wiernych jak również żarty i docinki najbliższej rodziny. Zepchnięty w cień Króla ojca i starszego brata nie wychyla się po za swoje obowiązki. Świadomy jest, że korona mu nie przypadnie ponieważ po śmierci ojca na tron wstąpi starszy brat, a następnie jego potomkowie. Los jednak ma wobec niego inne plany. Niespodziewanie umiera król, a następca korony Król Edward VIII szybko abdykuje. Nagle czarny sen głównego bohatera się spełnia. To on powinien stanąć na czele monarchii i poprowadzić ją przeciwko Hitlerowi. W tej sytuacji konieczność publicznych wystąpień wydaje się nieunikniona – jedyna osobą która może mu pomóc jest weteran wojenny, pochodzący z Australii Lionel Logue.

Najbardziej zaskakujące dla mnie jest nazwanie tego filmu komedią. Owszem są śmieszne momenty, ale to na pewno nie powód, żeby film ten określać tym mianem. Spotkałem się z porównaniem filmu do kina familijnego – jednak wydaje mi się, że osoba która to powiedziała miała na myśli lekkość z jaką możemy przez ten film przejść. Faktycznie jeżeli przyjedziemy z nastawieniem na komedie to wyjdziemy z filmu jak po filmie familijnym. Osobiście film ustawiłbym w przedziałce dramat. „Jak zostać królem” porusza kilka tematów. Problem relacji między ludzkich. W rodzinie kiedy to wymagania mogą przerosnąć dzieci, które nie wiedza jak poradzić sobie z tym nakładem odpowiedzialności. Relacji z rodzeństwem które nieraz mimo wspólnie spędzonych lat obaczone są masa niewypowiedzianych słów i niezasłużonych krzywd. Czy prawdą jest, ze tak naprawdę człowiek może być szczery tylko wobec obcej osoby? Czy można zbudować partnerską relacje z osobą o innym statusie społecznym, czy finansowym? Ludzie mający władze prędzej czy później po nią sięgną – i to najczęściej wymierzają ją przeciwko słabszej jednostce. Wiele właśnie takich społecznie ważnych problemów poruszanych jest w tym filmie pod pretekstem problemów Króla Jerzego VI z wymową.

Tyle o fabule. Może nie będę się już o niej rozpisywał, sami zobaczycie. Powiem kilka słów o aktorstwie, bo warto. Osobiście uważam, ze kawał dobrej roboty wykonał Colin Firth (Złoty Glob za tą role i nominacja do Oscara). Z jednej strony skupiony, cichy po chwili musiał tańczyć, śpiewać – myślę, że takie role nie przychodzą łatwo, a często są niedoceniane. Gdyby zmierzyć czas jaki Colin Firth jest na ekranie to myślę, że wyszło by spokojnie ponad 80% (z pominięciem napisów oczywiście). To on buduje ten film. Jeżeli nie uda mu się zdobyć naszego zaufania nic z tego nie będzie. Geoffrey Rush – nominowany do Oscara za tą role. To jego zadaniem jest utrzymywac uśmiech na twarzach widzów przekonując ich o lekkości filmu. Jego ekscentryczny charakter i wiara w siebie dają jego postaci niesamowita energię kipiącą z ekranu. Jego mimika, akcent ale także dialogi z „Bertiem” dodają barw filmowi który – z całym szacunkiem dla Alberta – byłby nudny bez doktora Lionela Logue. Helena Bonhan Carter – niepozornie ale cieżko pracuje w roli żony Alfreda (nominacja do Oscara za tą role). Każde pojawienie się na ekranie Królowej Elżbiety niesie za soba ciepło. Nie przypuszczałem, ze ta aktorka która mimo świetnych kreacji w wielu filmach nadal kojarzy mi się z „Fight Club’em” oraz „Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street” potrafi zagrac w takim filmie tak odpowiedzialną role. Świetne aktorstwo zostało także wsparte przez fachowców od scenografii i kostiumów. Stroje oddają te z przed 80 lat, a siedzibę królów na potrzeby filmu zrekonstruowano (ponieważ została zniszczona podczas bombardowań niemieckich). Dbałość o szczegóły pozwala widzowi dość nieświadomie przenieść się w czasie i towarzyszyć bohaterom w ich poczynaniach.

 

To co ? Wszystko pięknie ładnie 12 Oscarów i do domu? Obawiam się, że nie. To znaczy. Colin Firth zdecydowanie zasługuje na Oscara. Niestety nie widziałem jeszcze kilku filmów które mogą konkurować z tym filmem w drodze po chwałę więc wstrzymam się z jednoznaczną opinią. Jednak uważam, że film mimo, że bardzo dobry nie wywołuje w widzu reakcji ŁoŁ! Owszem pozostaje w głowie przez jakiś czas jeszcze po seansie, ale szybko jest z niej wypierany. Także nie dostrzegłem innowacyjności w tym filmie. Owszem zdjęcia są dobre, kostiumy też wszystko zgrabnie przedstawione, ale ja zawsze od Oscarów chciałbym oczekiwać czegoś ponad to. W tym wypadku mam do czynienia ze świetnym filmem, ale nie na tyle wybitnym by zebrać 12 statuetek. Oczywiście moim zdaniem.