Prawdziwe męstwo / True grit (2010)


Jeżeli uważacie, że załoga EWTO wyjechała i jej generalnie nie ma, to częściowo macie racje, bo 2/4 jest aktualnie poza granicami kraju. Aczkolwiek nie znaczy to wcale, że nie oglądamy filmów, nie czytamy blogów tematycznych i nie odświeżamy filmweba w poszukiwaniu newsów (no dobra ja tego ostatniego nie robię). W każdym razie ostatnimi czasy widziałem kilka filmów nominowanych do Oscarów, a także tych nienominowanych, w tym Londyński Bulwar, który strasznie mnie zawiódł. Czasami jest tak, że wracasz z kina, odpalasz papierosa i nie wiesz jak opisać to, co w głowie się znalazło. Dzisiaj wróciłem z „Prawdziwego męstwa” i mimo, że nie wiem do końca jak opisać to, co widziałem, czuję, że powinienem, bo każda duszyczka, która wybierze się na ten film po przeczytaniu tych słów zbliży mnie do niebios bram.

Jest to remake (?) filmu z 1969 roku, na podstawie książki Charlesa Portisa z 68′. Za tytuł wzięli się bracia Coen, których osobiście stawiam na #3 miejscu mojej TOP listy reżyserów i mimo, że to nie wysoko to naprawdę ich cenię. Dla tych, co nie wiedzą kto to: bracia Coen wyreżyserowali takie filmy jak: Fargo, Zły mikołaj, Big Lebowski, To nie jest kraj dla starych ludzi, Poważny człowiek, Tajne przez poufne. Tym razem zabrali się za western. W tym miejscu chwila dla mnie. Przyznaję otwarcie: nie jaram się westernami, dzikim zachodem i nigdy nie chciałem być cowboyem. Możliwe, że dlatego z wizytą w kinie zwlekałem tak długo, bo naprawdę nie miałem zajawki by to zobaczyć. Jednak napływające z wszystkich stron opinie skłoniły mnie do zebrania się w sobie i wypadu do kina, do którego mam przecież 5 minut marszu. Mając do wyboru wersję cyfrową i analogową wybrałem (o dziwo) wersję analogową, no bo w końcu jest to western, isn’t it?

„Prawdziwe męstwo” przedstawia historię czternastoletniej dziewczyny (wypadałoby napisać kobiety), która pragnie pomścić śmierć ojca. To właśnie jej towarzyszy kamera przez cały film. Jednak dziewczyna nie jest w stanie złapać zabójcy na własna rękę. Dlatego tez prosi o pomoc Roostera Cogburn (Jeff Bridges). Rooster jest szeryfem, ale także łowcą nagród i to przede wszystkim ten drugi fach skłania go by na swoich warunkach pomóc dziewczynie. Nieświadom twardego, nieustępliwego charakteru dziewczyny rusza w pościg za Tomem Chaney (Josh Borlin). Niedługo potem dołącza do niego pragnąca zemsty czternastolatka, oraz strażnik Texasu LaBoeuf (Matt Damon). Tyle fabuły, bo nie jestem tu od tego by opowiadać filmy! Matt Damon wg mnie zagrał słabo- i może wynika to stąd, że poza Bournami nie potrafię patrzeć na niego na dużym ekranie. Jeff Bridges zagrał za to bardzo dobrą kreację (aczkolwiek nadal mój Oscar wędruje do Colina Firth). Mamy więc dobrą, aczkolwiek nie najwyższych lotów, grę aktorską. Muzyka bardziej przypadła mi do gustu w 127 godzin – dlaczego więc tak podobał mi się film? Ogromną rolę odgrywają dialogi i tutaj po raz kolejny kłaniam się geniuszowi braci Coen. Postać zarówno szeryfa, jak i czternastolatki charakteryzuje się ciętym językiem oraz bezpośredniością. Jak to na dzikim zachodzie, tak i w tym filmie, bohaterowie są przebiegli i niemal na każdym kroku zastawiają na przeciwnika pułapki. „Prawdziwe męstwo” wychodzi poza ogólnie przewidziane ramy filmowe mówiące o tym, że po 15 minutach powinien nastąpić zwrot akcji, a na około 15 minut przed końcem kolejny zwrot. W tym filmie mniejsze lub większe zwroty akcji następują kilkukrotnie, dzięki czemu film się nie dłuży, nie pozwalając odczuć mijającego czasu. Jednak nie pozwolilibyśmy się porwać fabule gdybyśmy nie uwierzyli bohaterom. Zdecydowanie kupiłem postać Mattie Ross. Dziewczyna początkowo budząca uśmiech na twarzach bohaterów i widzów, swoją zawziętością z każdą minutą zdobywa sobie szacunek. Szeryf, którego poznajemy jako wielokrotnego mordercę bez skrupułów, przy okazji alkoholika, także zyskuje sympatię. Mimo niekoniecznie czystych zagrywek doskonale radzi sobie w każdej sytuacji, no i jak sam mówi zastrzelił kiedyś 7 przeciwników w nierównym (typowo Westernowym) pojedynku. Tak jak nie oglądam westernów, tak zakorzeniły mi się w głowie kanony dobrego westernu. Mam wrażenie, że „Prawdziwe męstwo” mieści się doskonale w tym gatunku. Czuję, że w wolnym czasie sięgnę po jakiś film z Johnem Waynem.

Natalia Portman oraz Colin Firth zasługują wg mnie na Oscara. Jednak uważam, że „Prawdziwe męstwo to lepszy film od „Czarnego łabędzia” czy też „Jak zostać królem”. Myślę, że właśnie bracia Coen robią tą różnicę. Film się świetnie ogląda, dialogi są wyborne, no i preria jak okiem nie spojrzeć. Ostre riposty i humor płynący z ekranu pokonują to co widziałem w „Jak zostać królem” i mimo, że oba te filmy wbrew temu co pisze o nich dystrybutor w żadnym razie nie są komedią, to Oscary rozdałbym na tą chwilę następująco: Najlepszy film „Incepcja” (Sorry Johny), Najlepsza pierwszoplanowa rola męska Colin Firth, reżyseria Bracia Coen (chociaż obawiam się, że facebook może pozbierać sporo statuetek troszkę niezasłużenie).

Zapraszam do kin na „Prawdziwe męstwo” – ej weź to obejrz!