Jack, jakiego nie znacie / You don’t know Jack (2010)

Because It’s my name. Because I can not have another in my life. Because I’m not worth the dust on the feet of them that hang. How may I live without my name? I’ve given you my soul. Leave me my name.

To jakby słowa przewodnie, wprowadzone do fabuły i zastosowane jako moralnie świdrująca mantra, zaczerpnięte ze sztuki „The Crucible” Arthura Millera. Słowa może najważniejsze, ale nie jedyne ważne i nie jedyne ciekawe w filmie „You Don’t Know Jack”. Obrazie, który pewnie wielu odrzuci pro forma, zacietrzewi się w parze z ideologiczną urazą, potraktuje zbyt podmiotowo. Ja nie będę stawiał tez ostatecznych, będę pisał co to wszystko dla mnie znaczy i jakie są moje przeczucia/odczucia. Na wstępie jednak zachęcę do zobaczenia, bo to film niezły, ale po pierwsze – ważny.

Formalnie „You Don’t Know Jack” składa się z gwiazdorskiego nieba i ziemi. Niebo to ekipa przed kamerą – niezły John Goodman  i  z n a k o m i t y  Al Pacino. Ziemia symbolizuje twórców, znanych raczej mało: reżyseria – Barry Levinson, scenariusz – Adam Mazer. Ale tym dwóm ostatnim żadnego rodzaju opierdol się nie należy. To co zrobili nie jest może błyskotliwe czy jakkolwiek godne większej uwagi, ale osiągnęli niezbędne minimum – nie zepsuli dobrej historii i potencjału gwiazdorskiego. Wszystko trzyma się kupy, nie drażni, wciąga, ma sens, początek i koniec, uwypukla co ważne, omija co nieistotne, przedstawia widzowi to co najważniejsze, czyli tytułowego Jacka (aby formalności stało się za dość – granego przez Pacino).

Jack to postać prawdziwa. W Polsce pewnie mało znana, tym bardziej należy film zobaczyć. Chodzi o doktora Jacka Kevorkiana, Amerykanina armeńskiego pochodzenia odpowiedzialnego za pierwsze zabiegi eutanazji w USA. Kevorkian był nie tylko nowatorskim lekarzem – był przede wszystkim niemal celebrytą, skandalistą i kontrowersyjną ikoną nowoczesnej bioetyki. Dla jednych wcielenie zła, dla drugich niemal anioł. Dla mnie przede wszystkim wielka i ciekawa postać. Lekarz, malarz, muzyk, etyk, człowiek renesansu, człowiek honoru, gbur, narcyz, erudyta. Czemu był wielki, zdradzać nie będę bo to należy do fabuły – pewne fakty lepiej odkryć samemu.

Jak można sobie dopisać – rzecz cała traktuje o eutanazji. Czyżby? I tak, i nie. Kontekstów ideowo-politycznych przy okazji tego typu historii uniknąć się nie da. Ale film nie próbuje się rozliczać z tą tematyką w sposób nachalny. Staje w sposób naturalny po stronie „pro”, co wynika samo przez się, bo opowiada o gorącym zwolenniku tzw. „śmierci wspomaganej”. Zresztą nawet jeśli, to co? Nico. Skoro ja oglądałem soderbergowskie wypociny o Che Guevarze i krzywda mi się nie stała, wydaje się, że „You Don’t Know Jack” jest do obejrzenia dla każdego. Tzn. dla każdego kto ma mniej lub bardziej sensowny rozum. Podobnie jak „Che”, tak samo film Levinsona, to przede wszystkim opowieść o człowieku. Zdeterminowanym i nieprzeciętnym. Ze swoimi wadami i zaletami. W tym przypadku ekscentryku, lekkim socjopacie ale i postaci charyzmatycznej i niezłomnej. Jack Kevorkian wykreowany przez Pacino krzyczy sobą „NONKONFORMIZM”, „WIERNOŚĆ IDEAŁOM”, „HONOR”.

„You don’t know Jack” to 134 minuty konfrontacji z trudnym tematem i trudnym człowiekiem. Jak to ktoś kiedyś powiedział: „genialne rzeczy są trudne”. To nie jest genialny film, ale warty pewnego trudu. Podpisany znakiem HBO, nagrodzony Emmy i Złotym Globem. I dobrze.

– Have you no religion? Have you no God?

– Oh, I do, lady, I have a religion, his name is Bach. Johann Sebastian Bach.