wszystko w porządku / the kids are all right (2010)

Grupa the Who nagrała kiedyś piosenkę pod tytułem „the kids are all right” i to właśnie ona stoi za tytułem filmu, który Polacy przetłumaczyli na „wszystko w porządku”. Znając zdolności speców od marketingu tym razem sam tytuł w sumie tak nie boli, bo jest to dość często powtarzane  zdanie przez jednego z bohaterów (Podobnie jak  „Shut the front door” ^^). Jules i Nic to para lesbijek wychowująca dwójkę dorastających dzieci. Kiedy ich córka Joni, osiąga pełnoletniość za namową brata Laser’a postanawia odnaleźć ojca. Nie sprawia to większego problemu bohaterce i w przysłowiowe trzy minuty wiemy już, że Paul to ojciec rodzeństwa. Jednak nie jest to klasyczny przypadek ojca, który zostawił swoje dzieci, albo wyjechał daleko do pracy whtvr… Paul oddał spermę do banku, a jego profil w bazie został wybrany przez Jules oraz Nic. Dlatego też, gdy w życiu bohaterów pojawia się ojciec, poznajemy go razem z filmową rodziną. Ta część filmu jest jak najbardziej ciekawa. Rzadka to sytuacja, gdy mamy do czynienia z homoseksualnym związkiem kobiet i równoległym pojawieniem się dawcy nasienia. Owocuje to zabawnymi sytuacjami i ciekawymi pytaniami „Ile Ci zapłacili za oddanie nasienia?”. Do póki poznajemy/badamy/obserwujemy sytuacje, film jest ciekawy,  zainteresowaniem śledzimy postać mężczyzny. Jednak nagle, kiedy jedna z kobiet wchodzi z nim w bliższą relacje, akcja filmu siada. Dla mnie zaczyna się wałkowany już co najmniej kilkakrotnie w kinie wątek zdrady i reakcji na zdradę. Zero innowacyjności. W tym momencie można pominąć nawet fakt, że to kobieta zdradza kobietę, bo wydaje mi się, że to żadna różnica – zdrada to zdrada, a nawet, jeżeli jest inaczej to ten film tego nie pokazał. Całość akcji rozgrywa się w bardzo krótkim czasie (jednego miesiąca), co także zmniejsza wiarygodność fabuły w moich oczach. Generalnie druga część filmu to jak odgrzewany burger z fastfoodu.

Aktorsko najbardziej podobał mi się Mark Ruffalo. Jego postać jest wiarygodna. Gdy mówi nie owija w bawełnę, żyje pełnią życia. Nie boi się wyrażać swojego zdania mimo często nieprzychylnych reakcji na to, co mówi. Jest przy tym wiecznie uśmiechnięty i jego osoba pozytywnie wpływa na osoby wokół. Annette Bening za swoją kreacje otrzymała nominacje do Oscara i mimo że nie jest to świetna rola na pewno zagrała lepiej od Julianne Moore.  Kobiety znacznie się od siebie różnią. Spotykamy je po około 20 latach współżycia, kiedy ich związek przechodzi kryzys. Nic jest lekarką, surową, mocno stąpającą po ziemi, za to Jules nieudało się dokończyć studiów, nie jest pewna siebie przez co poszukuje wsparcia bliskiej osoby. Obie kobiety łączy miłość do partnerki, oraz miłość do ‚wspólnych’ dzieci (Mia Wasikowska oraz Jush Hutcherson). Dzieci to klasyczny przykład dorastających nastolatków. Joni często podkreśla fakt dorosłości, „bo przecież ma już osiemnaście lat”. Jej brat to licealny atleta, który wraz z kumplem Clay’em rozrabia w okolicy. Taka mieszanka osobowości daje duże pole do popisu twórcom filmu. Niestety, wbrew temu, co przeczytałem w Internecie film nie porusza, ani problemów związków homoseksualnych, ani problemu dzieci wychowywanych przez dwie matki. Porusza problem kryzysu związku. Jest to ważne, ale zmarnowano potencjał filmu, w którym tyle osób łączy niecodzienna relacja. Generalnie wyszedłem z sali zawiedziony. Miło się oglądało, ale nie tego oczekiwałem. Nie wiem czy warto było rozszerzać ilość filmów nominowanych w kategorii najlepszy film do 10. Ten film na tą nominacje nie zasługuje, a to wyróżnienie niepotrzebnie podnosi poprzeczkę oczekiwań

PS. „Entertainment Weekly” określił film mianem „funny, smart and sexy!”. Funny – jest do połowy, smart – nie zaprzeczę, sexy – Yaya DaCosta!!!!